Do niektórych książek trzeba dorosnąć.

Głowa mnie boli. Byłam dzisiaj na wykładzie o kobietach w dialogach z rabinami (wszystko w ramach festiwalu Warszawa Singera), na którym źle się poczułam i tak do tej pory walczę z bólem głowy. Mam wolne i średnio mi idzie skupianie się na czytaniu, chociaż zdążyłam już sobie sporo różnych zaległości narobić.

Obecnie przerabiam Sztukmistrza z Lublina Isaaka Bashewisa Singera (pamiętajcie, Miesiąc Tematyczny się zbliża wielkimi krokami!). Musicie wiedzieć, że kiedyś, daaaawno temu (czasem mam wrażenie, że w poprzednim życiu) już czytałam tę książkę. Dziewczęciem wówczas osiemnastoletnim będąc uznałam ją za strasznie nudną, męczyłam ją kilka tygodni. Podobnie było z Szatanem w Goraju – niedawno skończyłam to czytać po raz drugi.

Może zabrzmi to jak narzekania starej ciotki (z bólem głowy), ale naszła mnie taka refleksja. Do jak wielu książek w swoim życiu trzeba po prostu dorosnąć, by móc ją zrozumieć i/lub się zachwycić. Teraz łykam Singera, aż miło (przy czym mówię też o innych jego dziełach, takich jak Szosza czy też Cienie nad rzeką Hudson)!

Już wiele razy w życiu przerabiałam taką sytuację, że rzucałam książki dlatego, że ich zwyczajnie nie rozumiałam bądź usypiałam nad nimi – zdarzało mi się to często w wieku nastoletnim. Teraz dochodzę do wniosku, że wyraźnie potrzebowałam odczekać trochę czasu, nauczyć się paru rzeczy (czy też przejść przez jakiś konkretny etap), by treść odrzuconej książki do mnie dotarła.

W przypadku dwóch wyżej wymienionych tytułów (Szatan w Goraju oraz Sztukmistrz z Lublina) musiałam dowiedzieć się więcej o kulturze żydowskiej. Teraz widzę, jak bardzo ciężko czyta się literaturę o Żydach bez żadnego przygotowania merytorycznego. Mi wystarczyło przeczytanie miliarda innych książek oraz chodzenie na wykłady ogólnouniwersyteckie, bym zdołała pojąć, czym tak naprawdę była rewolucja w wydaniu sekty sabataistów xD

Przy czym zauważyłam u siebie problem „bycia za młodą na zrozumienie” również w innych momentach. Przykład, który wrył mi się w pamięć, to Samotność w sieci Janusza L. Wiśniewskiego. Próbowałam to przeczytać jako czternastolatka, rzuciłam. Potem przypomniałam sobie o istnieniu tej książki cztery lata później i na jakiś rok stała się ona czymś, bez czego nie mogłam żyć, przeżyłam swoistą fascynację tym pisarzem i jego dziełami. A potem mi przeszło i nawet się z tego cieszę _^_ Podobnie mam z klasyką, do niektórych książek do tej pory nie dorosłam (do Władcy Pierścieni chociażby).

Jak u Was? Macie podobny problem? Do tej pory nie spotkałam się z czymś takim u kogoś innego, a jestem ciekawa, czy to tylko mi się przytrafia. 🙂

P.S. Na festiwalu jest całkiem fajnie. Najlepsze atrakcje będą oczywiście wtedy, kiedy będę w pracy, ale co poradzić _^_

Źródło obrazka: weheartit.com

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii pozostałe i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Do niektórych książek trzeba dorosnąć.

  1. Paulina Ł. pisze:

    Nie zwykłam porzucać książek, chyba że rzeczywiście nad nimi zasypiam (a i tak porzucam niechętnie). Nigdy nie miałam też doświadczenia w stylu „muszę do tego dorosnąć”, ale ja jestem dziwnym przypadkiem, bo i całego dostępnego i wspomnianego przez ciebie Tolkiena albo Gombrowicza (przez którego przebrnąć nie może naprawdę wielu ludzi i wcale im się nie dziwię) czy Mrożka czytywałam w wieku typowo gimbazjalnym ;__; Ba, zaczytywałam się wtedy chociażby w „Tangu” czy „Pornografii” jednocześnie łykając jak młody pelikan nawet największe szajstwo z półki „fantasy”. Nie jestem pewna, czy wszystko wtedy rozumiałam, ale tak czy siak do niektórych książek musiałam później wrócić i wielkiego dysonansu nie było.
    Kurczę, a może ze mną jest coś nie tak? Bo nawet prostego romansu historycznego nie umiem indżoić bez narzekań na bzdury w konstrukcji świata? Może to całe życie w kłamstwie albo co? ;D

    • czechozydek pisze:

      Moja przyjaciółka przeczytała „Władcę Pierścieni” wraz z „Silmarilionem” bodajże w wieku lat dziewięciu. Trzecia klasa podstawówki. Ja „Hobbita” przeczytałam na drugim roku studiów.
      Ludzie są różni 😉

  2. melanek pisze:

    Ja przeczytałam Władcę pierścieni pierwszy tom w 6. klasie podstawówki, co to oznacza? :p jakoś nie mam w zwyczaju wracać do książek porzuconych, chyba, że powodem rzucenia był brak czasu. za drugim czytaniem zawsze odbiera się książkę inaczej, nie gorzej, nie lepiej tylko inaczej.

  3. Anonim pisze:

    Bywa też odwrotnie. Niektóre książki trzeba przeczytać w niedorosłym wieku, żeby się nimi zachwycić, ba – może i zachwycać potem całe życie. A jak się przeczyta za późno, to nic z tego nie można zrozumieć. Teraz przychodzi mi do głowy tylko „Buszujący w zbożu”, ale pamiętam, że w rozmowach z przyjaciółmi odkryliśmy dużo więcej takich książek (i sporo filmów też, np. „Leon Zawodowca”).

    • czechozydek pisze:

      Ooooo, o tym kompletnie zapomniałam! A przerabiałam coś takiego z „Tomkiem w krainie kangurów” – za późno się za to zabrałam i teraz żałuję. Ale przez wiele lat myślałam, że nie dorosłam do tej książki…

  4. Anna pisze:

    porzucam książki i raczej do nich nie wracam. czytać zaczęłam bardzo wcześnie, wiele tzw poważnych powieści miałam przerobionych zanim dotarłam do liceum jakoś nie specjalnie się przejmuję faktem, że mogłam ich wtedy nie zrozumieć do końca. z książką tak jest, że albo się trafi w ten odpowiedni moment, kiedy będzie objawieniem, odkryciem, odbiciem tego co w środku, albo będzie po prostu przyjemną lekturą.
    wracam do książek ulubionych, w liceum przynajmniej raz w roku potrzebowałam przeczytać Mistrza i Małgorzatę i Sto lat samotności. teraz czasem wracam do Wiedźmina – wcześniej często podczytywałam jeśli któraś z części podeszła mi pod rękę, ostatnio postanowiłam sprawdzić jakość czeskiego tłumaczenia – co ciekawe Wiedźmina nie zaliczam do półki książki-klucze, a to nad nim zdarzyło mi się ostatnio płakać

    • czechozydek pisze:

      Ja nie płaczę nad książkami – swoją drogą to zarąbisty temat do rozważań, dzięki za podrzucenie 😉
      Sama nie wracam do książek, które kiedyś udało mi się skończyć. Z reguły, dwa tytuły Singera to wyjątek na rzecz Miesiąca Tematycznego (będzie trzeci, „Szosza”). Kiedyś wracałam do „Błękitnego zamku” L.M. Montgomery, zarąbiście poprawiał mi nastrój. Teraz wychodzę z założenia, że zbyt wiele książek czeka na moją uwagę, bym mogła sobie pozwolić na powroty.

      • Anna pisze:

        Proszę uprzejmie – mi to się zdarza z wiekiem i to właśnie na tekstach już znanych – to może jednak coś mieć wspólnego z dojrzewaniem do tekstów, ewentualnie z tym, że pewne sytuacje są nam już znane i wiemy co to znaczy… taaaa… ale może jednak to zwyczajne objawy starzenia się:P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s