Michal Viewegh, „Wycieczkowicze”


Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008
tłumaczenie: Jacek Illg
Liczba stron: 382
Źródło: Targi Książki

Myślałam, że znalazłam książkę idealną na wakacje… Cóż, na myśleniu się skończyło.

Wycieczkowiczów dorwałam swego czasu na Targach Książki za jakąś śmieszną cenę. Moja słabość do Viewegha zwyciężyła nad rozsądkiem i kupiłam to w ciemno, właściwie nie wiedząc, o czym będę czytać. Leżało potem to na półce, czekając na chwilę mojej uwagi. I ta chwila nastąpiła kilka tygodni temu, kiedy upał nastał na dobre, a ja potrzebowałam ochłody i odpoczynku nad niezobowiązującą książką.

Pozwólcie, że będę się posiłkować opisem z tyłu okładki, który wydał mi się bardzo interesujący przed lekturą:

Co może przydarzyć się ekscentrycznemu małżeństwu, studentkom szukającym przygód, posłowi z rodziną, parze gejów, nierozgarniętej agentce biura podróży oraz zagubionemu nastolatkowi podczas banalnej wakacyjnej wyprawy?

Wakacje nad Adriatykiem mi osobiście wydają się być oklepanym pomysłem. To jeden z dość pospolitych sposobów na udany urlop – pojechać nad morze, gdzie jest ciepło, można popływać, szukać muszelek, opalić się i tak dalej. To nie jest mój ulubiony model, powiem szczerze (ja podczas wypoczynku muszę zwiedzać, inaczej cholera mnie bierze), ale co tam, może Viewegh ciekawie opisał perypetie zwyczajnych Czechów*, przeczytam, zobaczę, może się zachwycę.

Zapowiadało się ciekawie. Powieść zaczyna się od wyjazdu z Pragi. W jednym autokarze podróżują najrozmaitsze osobowości, w tym np. dwie starsze panie (jedna z początkami Alzheimera), para gejów, znany poseł z rodziną oraz trzydziestolatka uzależniona od rodziców. Wiadomo, zapoznawanie się, wyjazd, przedstawienie postaci, takie tam. Byłam ciekawa zwłaszcza dwóch staruszek (jak będę w podobnym wieku, też będę brała przyjaciółki pod pachę i jeździła po świecie) i pisarza, dla któego wyprawa miała być źródłem inspiracji do napisania kolejnej książki.

Myślałam, że będzie zabawnie. Być może nie powinnam była czytać tego w ciemno… Viewegh przemycił do powieści masę aktualnych i nie zawsze wesołych tematów, takich jak starość, homoseksualizm, brak akceptacji czy konflikty w związkach. Moim zdaniem chyba przedobrzył z wątkami – pod koniec powieści miałam odczucie, że gdy tylko przeczytam ostatnią stronę, zostanę z olbrzymim ciężarem na barkach. Pod płaszczykiem historyjki o wycieczce nad morze znajduje się taki bagaż problemów, że moim zdaniem nie da się tego potraktować jako czytadełka na wakacje.

Podstawowym błędem Viewegha było wieczne nawiązywanie do pracy pisarza. Momentami miałam wrażenie, że czytam nieudany eksperyment, który miał zawierać grę autora z czytelnikiem (jak było w Sprawie niewiernej Klary); plus masa cytatów, nie zawsze trafionych (chociaż chylę czoła przed tym, jak wykorzystano fragment Wodnika z tomu Kytice Erbena) – nie bardzo wiem, po co to wszystko było. Całość stała się dzięki temu ciężkostrawna, poza tym niektóre smaczki wręcz wołały o przypisy.

Zaryłam głową w biurko tuż po przeczytaniu następującego fragmentu:

Maks chciał podczas popołudniowej sjesty pisać powieść, ale zamiast tego dwukrotnie się onanizował.
Jego osobowość była tragicznie rozdarta.

Myślałam, że mi się przywidziały te dwa zdania. Przeczytałam je jeszcze raz i ponownie zaryłam głową w blat. Serioooo, panie Viewegh, jak można coś takiego napisać… Więcej kwiatków o tak wielkiej sile rażenia nie znalazłam, ale zdążyłam się zniechęcić i tak. Dalej było mniej więcej podobnie… Im dalej w las, tym język powieści coraz bardziej przypominał wyżej wymieniony cytat.

Owszem, niektóre rzeczy mi się podobały. Chociażby postać Jakuba, kilkunastoletniego chłopca, który był święcie przekonany, że jest gejem. To było tak nierealne, że aż piękne _^_ Plus wątek kobiety, która za wszelką cenę starała się utrzymać rodzinę w całości. Reszta jednak wydała mi się tak odrealniona, że aż mnie to bolało chwilami.

Jeśli to jest doskonały przykład czeskiej prozy, to chyba powinnam przemyśleć swoje życie i wykształcenie, bo mnie to zwyczajnie nie zachwyca. Skończyłam to czytać na kilka dni przed wyjazdem i obiecałam sobie wtedy, że prędko po Viewegha ponownie nie sięgnę…

…i tak skończyło się na tym, że kupiłam w praskim antykwariacie za dziesięć koron powieść Zapisovatelé otcovský lásky. Czeka na swoją kolej ^^’

Słówko o ekranizacji: Filmu jeszcze nie widziałam, ale gdy tylko obejrzę, dam Wam znać. Ponoć nie jest za ciekawy, ale wolę się o tym przekonać osobiście, niż przytaczać opinie innych. 😉

Inne książki Michala Viewegha:
Báječná leta pod psa
Výchova dívek v Čechách
Sprawa niewiernej Klary
Mężczyzna idealny/Powieść dla kobiet

* o ile parę gejów możemy już liczyć jako zwyczajnych Czechów ^^’

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ekranizacje, literatura czeska, wątek czeski i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Michal Viewegh, „Wycieczkowicze”

  1. Anna pisze:

    wiesz, czasami warto też się uczyć na cudzych błedach – na przyład na błędach obejrzenia filmów których bardzo nie warto
    ps. do kin w PL wszedl nowy Hrebejk. Ucz sie na moim błędzie i nie idz (choc w sumie ja mialam wytlumaczenie – byłam na KnG, lało, a do kina blizej niz do domu).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s