Na Walentynki: Agata Tuszyńska, „Tyrmandowie. Romans amerykański”

 Wydawnictwo MG, Kraków 2012
Tłumaczenie listów z angielskiego: Anna Wróbel
Liczba stron: 270
Źródło: BUW

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami polski Żyd po przejściach zakochuje się w dziewczynie w moim wieku. Co z tego wyszło?

Długo miałam zagwozdkę związaną z tym, o czym Wam opowiedzieć z okazji Walentynek. Ostatnimi czasy czytam książki mocno odbiegające od tematyki szczęśliwej miłości (np. drugi tom Greya – traumatyczne przeżycie, mówię Wam), nic mi nie przychodziło do głowy. Aż wreszcie przysiadłam, przejrzałam listę książek do przeczytania na Lubimy Czytać i znalazłam Tyrmandów.

Do tej pory miałam jedno jedyne spotkanie z twórczością Leopolda Tyrmanda, mianowicie ze Złym. Czytałam to niedługo po przeprowadzce do Warszawy, miałam jeszcze okazję przespacerować się wielokrotnie niewyremontowaną Próżną, wyobrażając sobie jednocześnie Złego biegającego po dachach ocalałych kamienic. Potem napisałam wpis na Czechożydka i postać Tyrmanda musiała poczekać na moje zainteresowanie do dzisiaj. Do dnia, kiedy to zastanawiam się nad jego ostatnim małżeństwem.

Mary Ellen Fox miała dwadzieścia trzy lata (de facto rok mniej, niż ja teraz), kiedy odważyła się napisać pierwszy list do podziwianego przez siebie pisarza. Tyrmand w owym czasie publikował artykuły w pewnej amerykańskiej gazecie, które to Mary wręcz pochłaniała. Dziewczyna doprowadziła do spotkania, a ponad rok później wyszła za mąż za swojego… idola?Inaczej: człowieka, który jej imponował, z którego poglądami się utożsamiała.

Małżeństwo Mary Ellen i Leopolda trwało piętnaście lat, zakończyło się nagłą śmiercią Tyrmanda. Jakie jest moje zdanie na temat tego związku?

Piętnaście lat to za krótko!!!

Nie myślcie sobie, że Tyrmand był wzorowym mężem i Mary Ellen miała z nim życie jak w bajce. Oj nieee, tak dobrze nie było. Nie był wierny, mam wrażenie, że momentami nie miał dobrego wpływu na żonę… Niemniej jednak prawda jest taka, że Tyrmand niespodziewanie sam dla siebie zakochał się w swojej czytelniczce na zabój. I starał się w tym związku, jak mógł. Nie usprawiedliwiam go, absolutnie, wychodzę tylko z założenia, że nie każdy jest stworzony do wierności i skoro Mary Ellen zgodziła się na taki związek, to nie warto roztrząsać tematu, trzeba się skupić na innych aspektach.

Z odnalezionych kilka lat temu listów do żony oraz wspomnień Mary Ellen Tyrmand Agata Tuszyńska stworzyła naprawdę ciekawą (przynajmniej dla mnie, laika w dziedzinie zwanej życie i twórczość Leopolda Tyrmanda) opowieść o tym, jak to polski pisarz o żydowskich korzeniach ucieka z komunistycznej Polski i układa sobie nowe życie w Ameryce. Brzmi to jak oklepane love story, ale nie da się temu zaprzeczyć, po prostu się nie da. Ile razy naczytałam się o emigrantach, którzy poza granicami Polski nie odnieśli już takiego sukcesu, jak w kraju…

Czytać czytało mi się to dobrze, chociaż momentami wspomnienia Mary Ellen brzmiały jednak zbyt cukierkowo i wybielająco. Z jednej strony wcale się nie dziwię – minęło ponad dwadzieścia lat od śmierci Leopolda, z czasem zapomina się przecież złe rzeczy i pamięta jedynie te dobre… Aczkolwiek brakowało mi trzeźwiejszego spojrzenia na to małżeństwo.

Wychodzi na to, że momenty trzeźwego spojrzenia pojawiały się jedynie w listach Tyrmanda, który pisał swojej Miskeit**dosłownie o wszystkim, nie szczędząc krytyki reszcie świata.

Tyrmandowie. Romans amerykański stanowi dla mnie lekturę idealną na oderwanie się od rzeczywistości. Zwłaszcza w Walentynki. Nie, żeby to była lektura obowiązkowa, ale uważam, że lepiej sięgnąć po taką publikację niż po jakiekolwiek romansidło. Jest i przyjemnie, i można się sporo dowiedzieć o życiu na emigracji w Stanach.

Rok temu pisałam Wam o tym, że niektórym ludziom miłość kojarzy się jedynie z Walentynkami i rozbuchaniem uczuć. Ewentualnie z tym, co można zobaczyć we wchodzącej właśnie do kin ekranizacji Pięćdziesięciu twarzy Greya. I tym razem podtrzymam swoją teorię głoszącą, że miłość wcale nie polega na szale uniesień. Miłość to nazywanie drugiej osoby na zmianę Miskeit oraz Moja kobieto, to tęsknota, kiedy jest się poza domem, to wychwalanie pod niebiosa. Nawet, jeśli jest się takim Tyrmandem. 🙂

* swoją drogą ciekawa jestem, jak brzmi to imię wypowiedziane z amerykańskim akcentem…

** (jid.) Brzydactwo, paskuda. Bardzo pieszczotliwe określenie, nieprawdaż? 😉

 

Zobacz także:

Leopold Tyrmand, Zły

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii literatura polska o Żydach, literatura wspomnieniowa (żydowska), wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Na Walentynki: Agata Tuszyńska, „Tyrmandowie. Romans amerykański”

  1. natanna pisze:

    Bardzo dobrze wybrałaś…..bo to nie było ot takie banalne uczucie…
    Przypomniałaś mi o tej książce…..mam ją na LC zapisaną….ale tyle ich tam mam, że później zapominam a chciałabym ją przeczytać….

  2. Lolanta pisze:

    „minęło ponad dwadzieścia lat od śmierci Leopolda, z czasem zapomina się przecież złe rzeczy i pamięta jedynie te dobre…” Też mnie to nie dziwi, ale to chyba dobrze, że się po latach dobrze wspomina zmarłych – może dlatego mówią, że miłość jest wieczna 😉
    Po biografie raczej nie sięgnę, ale od dawna mam chrapkę na „Złego”. Właśnie przeczytam Twoja recenzję tej książki, i kurcze, jeszcze bardziej chce ją przeczytać 🙂

  3. Anna pisze:

    Dziennik jest wg niektórych wspaniały, a dla mnie okazał się absolutnie niezjadliwy. A byłam świeżo po Złym, więc w uniesieniu, ale nie. No po prostu nie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s