„X-Men: Magneto Testament”, tomy 1-5

11149443_10204795707987405_1043838585374458079_n

Oj, dawno nie pisałam o komiksach. Swego czasu czytałam ich sporo, moje zainteresowanie bardziej skupiało się na mangach, potem przerzuciłam się na wszelkie inne rodzaje komiksu, w tym te wydawane pod znakiem Marvela. Możecie sobie wyobrazić, jak ciężkie musi być oglądanie ze mną Avengersów lub filmów z serii X-Men, kiedy to dopowiadam Kubie całe biografie niektórych postaci… 😉

O ile dobrze pamiętam (jak nie, to mnie poprawcie), geneza Magneto została pokazana albo w X-Men: Ostatni bastion, albo w Pierwszej klasie. Jednakże, ponieważ historia przedstawiona na ekranie odbiega od tego, co poznają czytelnicy komiksu, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie w biografię tego bohatera.

Postać jednego z najbardziej znanych mutantów-złoczyńców urodziła się w przedwojennych Niemczech jako Max Eisenhardt. Max pochodził ze zasymilowanej żydowskiej rodziny, jego ojciec walczył w armii niemieckiej podczas pierwszej wojny światowej. Zapewne domyślacie się, iż fakt poświęcenia się dla kraju nie pomógł rodzinie Eisenhardtów w momencie, kiedy naziści doszli do władzy. Spotykały ich represje, nie mogli pracować, cierpieli straszną biedę, aż w końcu postanowili uciec do Warszawy, gdzie przebywali inni żydowscy krewni.

By nie zdradzać zbyt wiele, dodam tylko, że sam Max po pewnym czasie (i naprawdę dramatycznych przejściach) trafia do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie po pewnym czasie zostaje przydzielony do Sonderkommando, najbardziej przyprawiającego o traumę komanda roboczego. W którymś z dwóch wymienionych wcześniej filmów Magneto przybywa do Auschwitz jako dziecko (w komiksie ma ok. 16-17 lat), wiadomo jednak nie od dziś, że twórcy filmowych X-Menów nieraz zmieniali biografie bohaterów.

Ciężko mi jest pisać o tej serii bez odnoszenia się do realiów historycznych. Ba, chyba nawet nie da się stworzyć sensownego wpisu bez oparcia o historię, nie sądzicie? Powiem tak: moje żydołackie oko nie znalazło większych niedociągnięć (poza tym, że Max pracował w Sonderkommando dwa lata, w co nie chce mi się wierzyć). Twórcy Magneto Testament trzymali się faktów, uwzględnili ich naprawdę sporo, m.in. Noc Kryształową, napaść Niemców na Polskę… Getto warszawskie było całkiem nieźle przedstawione, o Birkenau złego słowa powiedzieć nie mogę: widok narysowanych baraków przypomniał mi od razu obydwie moje podróże do Oświęcimia.

Z mojej bohemistycznej perspektywy ważne też jest nawiązanie do likwidacji obozu romskiego w Birkenau, gdzie przebywała ukochana Maxa, Magda. Pod koniec piątego tomu znajduje się bowiem kilka dodatkowych plansz, na których przedstawiona jest historia Diny Gottliebovej-Babbitt, o której pisałam jakiś czas temu (Zob. L. Ostałowska, Farby wodne). Słyszałam o tym komiksie wiele dobrych rzeczy i dopiero teraz miałam okazję sama się przekonać o tym, czy jest wierny realiom, czy nie.

Kwestie techniczne: kreska jest przyjemna dla oka, bardzo podobało mi się dobranie kolorów. Odnosiłam wrażenie, jakbym oglądała film dotyczący czasów wojny.

X-Men: Magneto Testament trzeba znać. Seria w bardzo prosty sposób przedstawia zagadnienie przeżycia jednostek podczas Holokaustu – można o nim pisać na okrągło, ale moim zdaniem same słowa nie wystarczą do tego, by pokazać, jak wielka tragedia miała miejsce na naszych terenach w czasie wojny. Aspekt wizualny w tym wypadku bierze górę.

Dla mnie osobiście komiksy potrafią stanowić dzieło sztuki. Co prawda, omawianej dziś serii nie nazwałabym w ten sposób, niemniej jednak podczas lektury odczułam, że mam do czynienia z czymś, co nie jest błahe i „dla dzieci”.

 

Zdjęcie pożyczone za zgodą autorki, którą jest Kasia Czajka (Zwierz Popkulturalny)

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Komiksy, literatura o Holokauście, wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„X-Men: Magneto Testament”, tomy 1-5

  1. Lolanta pisze:

    Nie wiedziałam, że takie tematy są poruszane w komiksach. Szczerze mówiąc, przestałam śledzić co się dzieje w tej dziedzinie zaraz po tym, jak kilkakrotnie przeczytałam wszystkie części Tytusa oraz Kajko i Kokosz. I już nie wracałam do tematu. Chyba warto znów się zainteresować, tylko, kurczę, kiedy ja na to znajdę czas?

    • czechozydek pisze:

      Wiesz, to nie jest tak, że siedzę w tym temacie i śledzę wszystkie nowinki. Też nie mam na to czasu 😉 Na ten cykl trafiłam przypadkiem.
      W ogóle brak czasu to straszna rzecz…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s