Hallelujah!

DSCF3760

Wierzycie w Boga?

Tak, zadałam to pytanie. Nie, nie przecierajcie oczu ani monitorów, zadałam to pytanie. Serio.

Nie, nie wyłączajcie przeglądarki!!! Nie uciekajcie z krzykiem! Pozwólcie mi się wytłumaczyć! Nie czytacie właśnie tekstu o czyimś zdewoceniu lub o tym, że zapisałam się do sekty/przeszłam na judaizm/odwaliło mi do reszty/niepotrzebne skreślić*. Spokojnie.

Wróćmy do pytania. Wierzycie w Boga?

Bo ja wierzę. Jak mogłabym nie wierzyć?

Zaraz, zaraz, zapytacie. Jak to? Nigdy się z tym przecież specjalnie nie obnosiłam. Nie chodzę do kościoła co niedziela, w październiku biorę ślub w urzędzie, nie w świątyni, świata jeszcze nie obiegła wieść o mojej konwersji na judaizm… Jak to jest możliwe?

Tak się złożyło, że niżej podpisany Czechożydek wierzy w Boga. Tak po prostu, po swojemu, po cichu. Nie w tego w Trójcy Jedynego (prawie dwadzieścia lat rozkminiam, o co w tej teorii chodzi i nie doszłam na razie do żadnego konkretnego wniosku), nie tego starszego pana z siwą brodą, nie tego, którego twarzy nie można przedstawiać na karykaturach, bo grozi to śmiercią lub kalectwem.

Wierzę w swej szczątkowej naiwności i morzu racjonalizmu, że Bóg istnieje. Bo przecież coś nas stworzyło! Nie w sensie dosłownym, że nagle powstał człowiek i sobie jest. Przedmiotem mojej wiary jest to, co widzę wokół siebie. Świat. Ludzie. Drzewa. Zwierzęta. Piękne, zapierające dech w piersiach widoki. Bogactwo kultur, języków, smaków, zapachów, zwyczajnie wszystko to, co jest. Przecież nie wzięło się to znikąd.

Wychodzę z założenia, że przyszło mi żyć na ciekawym świecie. Nie dobrym, nie złym, po prostu ciekawym. Bogatym, przesyconym czynnikami wywołującymi uśmiech na mojej twarzy. Cieszy mnie wszystko, w byle czym potrafię odnaleźć coś interesującego, odczuwam radość na widok drobiazgów takich, jak prezent od przyjaciółki pod postacią szklanek z napisem Coca-Cola po hebrajsku, biegnący mops czy też nagły powiew wiatru, niosący zapach drzew lub kwiatów.

Ta moja Czechożydkowa wiara w cud stworzenia pomogła mi przetrwać wiele skrajnie wykańczających psychicznie sytuacji. Gdyby nie ona, nie wiem, czy poszłabym na terapię, czy pokonałabym chęć podniesienia ręki na siebie samą (vide ten tekst), czy odważyłabym się postąpić wbrew wielu sprawom i czy byłabym teraz tu, gdzie jestem. Noszę tę naiwną wiarę w cudowność i wyjątkowość każdej żywej istoty, pielęgnuję ją, bo sprawia, że jestem szczęśliwa.

Nie potrzebuję kościołów, formułek modlitewnych, kapłanów, rozmaitych gadżetów. Wystarczy spacer. Samej lub z kimś. Najlepiej z kimś. Nie muszę się wtedy nawet odzywać. Ani trzymać za rękę. Obecność drugiego człowieka w zupełności mi wystarczy. A kiedy już ma dojść do rozmowy, niech ona będzie szczera. Do bólu. Bez prób ranienia siebie nawzajem. Ze śmiechem, emocjami, czuciem ciepła i zapachu innej osoby.

Moją wiarę napędza miłość. Uczucie, z którym walczę, które daje mi kopa na rozpęd, ale także sprawia, że zatrzymuję się w różnych dziwnych miejscach i tłumię krzyk. Inni bowiem mogliby nie zrozumieć, że to nie rozpacz, tylko właśnie ta miłość.

Powiedzcie, jak tu nie wierzyć, że Bóg istnieje, kiedy odnajduję Go w silnych, mocnych ramionach? W jedynym w swoim rodzaju zapachu, śmiechu, uścisku, w podanej dłoni, dzielonych żalach, złości, gniewie… Aż chce się powiedzieć, nawet w tych najgorszych, pełnych zwątpienia momentach, Chwalmy Pana! Niech imię Jego będzie błogosławione! On bowiem dał mi dar czucia, tęsknoty, wypatrywania, mówienia!

Kiedyś, w sumie nie tak dawno temu, chociaż równie dobrze mogło to być w zupełnie innym świecie i czasie, ktoś wówczas mi bliski powiedział, że nie jestem typem osoby wierzącej. Według niego nie wierzę w Boga i tyle. Kochany, byłeś wtedy ślepy. Jak inaczej mogę siebie określić? Gdzie w mojej osobie znajdziesz oznaki ateizmu, o który mnie posądzałeś z drwiącym uśmiechem? W życiu nie byłam tak wściekła, jak wtedy. Nie dam sobie wmówić, że Boga nie ma.

Jak bowiem może nie być, skoro w oczach innych ciągle Go znajduję? W słowach, że jestem zdolna, oznakach dumy z tego, że się mnie zna? Wszystko to daje mi tak dużo siły, że nie mogę, nie wolno mi zrezygnować z marzeń.

Czuję, że wiara mnie przepełnia nawet wtedy, kiedy wraz ze łzami wyciska ze mnie to wielkie, szczere, bolesne Hallelujah!

(kliknij tu, by poznać, czego słuchałam w trakcie pisania tego tekstu)

Źródło zdjęcia: Death to Stock

 

* Tak na poważnie to myślę nad konwersją, ale chyba nie w tym życiu. ^^’

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii blog i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Hallelujah!

  1. kleryk broda pisze:

    Podoba mi się to świadectwo 🙂 życzę, abyś się na tym nie zatrzymała i szła do przodu. Z miłości i do Miłości 🙂

  2. Adrian Jasiński pisze:

    Ogromny szacun za te cudowne słowa! 🙂 Jesteś bardzo mądrym, kulturalnym i wspaniałym człowiekiem! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s