Dlaczego warto iść na sopocki kirkut (27.09.2015)

Cmentarz żydowski w Sopocie. Miejsce, do którego planowałam udać się bardzo dawno temu, kiedy to pojechaliśmy raz z Jakubem na Jego gościnny wykład do Trójmiasta. Niestety, z przyczyn różnych nie dotarłam wtedy na tę nekropolię.

Musiało upłynąć kilka lat, nim udało mi się wylądować w Sopocie i mieć tyle czasu, by móc spokojnie się tam przejść i porobić zdjęcia. Wyszłam z cmentarza bogatsza nie tylko o fotografie, ale także o garść przemyśleń.

Przejdźcie się wraz ze mną w to miejsce, które widzę teraz przed oczyma równie wyraźnie, jak w dniu, kiedy się tam znalazłam.

Droga nie jest długa, o ile ma się mapę, dobrą muzykę w słuchawkach i zdrowe płuca. Mi brakowało tego ostatniego. Zziajana i chyba nawet czerwona na twarzy dotarłam na kirkut w okolicach południa, kiedy to było słychać  odbywającą się niedaleko mszę. Wiecie, niedziela, te sprawy.

Cmentarze obok tętniły życiem (wiem, jak to brzmi) – pełne odwiedzających, spacerujących, rozkładających kwiaty, zapalających znicze. Ciągle coś się tam działo, sprzedawcy przy ogrodzeniu mieli pełne ręce roboty.

Przed bramą kirkutu stały dwa samochody. Ich właściciele zapewne wiedzieli, że parkowanie przed wjazdem na nekropolię nie leży w dobrym tonie, niemniej jednak tam akurat było miejsce. Trudno się dziwić, w końcu kto będzie im zwracał uwagę… Nieliczni, którzy tam zachodzili?

Minęłam oba auta. Wiedziałam, że moja rola polega na czymś zupełnie innym. Wkroczyłam na teren cmentarza żydowskiego ze smartfonem w ręce. Wyłączyłam wcześniej dźwięk – teraz nie byłam Panną Młodą z Blogogodów ani pracownicą warszawskiej korporacji. Nie byłam także ciekawskim turystą, chcącym sfotografować coś totalnie egzotycznego.

Byłam w swoim żywiole. Ja, wielbicielka cmentarzy, wiecznie szukająca w nich czegoś niezwykłego, czegoś, co mnie zadziwi i sprawi, że chociaż przez moment poczuję, że coś poruszyło moje serce.

Byłam może nie na olbrzymiej liczbie kirkutów, niemniej jednak ciężko mi zliczyć, ile ich już widziałam. Były w lepszym lub gorszym stanie, często bez nagrobków lub z potłuczonymi macewami. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć cmentarz teoretycznie w dobrym stanie, ale…

Sopockie powietrze szkodzi kamieniom. Po przejściu przez bramę oczom moim ukazał się widok całych nagrobków, często bez ani jednego napisu. Wierzyć mi się nie chce, że kamieniarze odwalali fuszerkę; przyjrzałam się kamieniom dokładnie, na wielu z nich znalazłam bardzo niewyraźne ślady liter. Nie trzeba być znawcą, by stwierdzić, że musi być coś nie tak z lokalnym powietrzem – kirkuty w górach na ogół zachowały się lepiej, niż to, co znalazłam w Sopocie… Tylko dwie macewy były czytelne na pierwszy rzut oka. Jedną możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Gwoli ścisłości, nie obejrzałam wszystkich macew – w Internecie można znaleźć informacje o trzynastu czytelnych napisach, być może coś przeoczyłam.

Sam cmentarz nie budzi zbyt pozytywnych skojarzeń. To nie tak, że urządzono tam lokalne wysypisko śmieci – poza wypalonymi zniczami nie znalazłam tam nic, co by mnie zaniepokoiło. Chodzi mi o to, że w przeciwieństwie do chrześcijańskich miejsc pochówku kirkut pokryty był grubą warstwą liści. Był nimi wręcz zasypany. Poza jednym palącym się zniczem nie znalazłam żadnych innych śladów obecności żywych ludzi.

Cmentarz żydowski w Sopocie. #jewishcemetery #kirkut #czechożydek #cathrynekpodróżuje #sopot #jewsinpoland

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Do tej pory żaden żydowski cmentarz nie przyprawił mnie o melancholię. Nie podejrzewałam siebie nawet o to, że kiedyś wpadnę w taki stan. Tymczasem krążyłam między nagrobkami, robiłam zdjęcia i robiło mi się coraz ciężej na sercu. Wiedziałam, że tym miejscem opiekują się różni ludzie, że jest porządkowane i tak dalej… Niemniej jednak długo nie mogłam przestać myśleć o tym, że to opuszczony cmentarz, pomnik ku czci tych, którzy nie mieli okazji być na nim pochowanymi. Osoby projektujące układ przestrzenny nekropolii zapewne nie domyślały się, że już za kilkadziesiąt lat w Sopocie nie będzie żywych Żydów.

Z tej melancholii złapałam za gałąź i pozamiatałam schody do miejsca, gdzie prawdopodobnie znajdował się dom przedpogrzebowy. Nie miałam ani lampek, ani kamieni, które mogłam położyć, za to opuściłam cmentarz z poczuciem spełnionego obowiązku.

Wychodząc minęłam trójkę niewiele starszych ode mnie ludzi. Obserowałam ich kątem oka podczas mycia rąk. Byłam ciekawa, co oni sami tam znajdą. Czy melancholię, tęsknotę za dawno minionymi czasami, czy coś zupełnie innego?

Cmentarz żydowski w Sopocie. #czechożydek #cathrynekpodróżuje #jewsinpoland #jewishcemetery #kirkut

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże małe i duże, pozostałe i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s