Impreza (nie do końca weselna) – druga część Blogogodów

Druga część Blogogodów stanowiła już trochę mniejsze wyzwanie, nie mogę jednak napisać, że tym razem siedzieliśmy z drinkami z parasolką i patrzyliśmy, jak inni robią wszystko za nas. Także tutaj sporo się nabiegaliśmy (ja dosłownie), by wszystko dopiąć na ostatni guzik i by nic się nie posypało po drodze.

Impreza dla przyjaciół i znajomych, zwana przeze mnie „drugą częścią Blogogodów”, odbyła się tydzień po ślubie. Plan był następujący: dobrze się bawić, potańczyć, pojeść, powygłupiać. W naszych klimatach, przy naszej (dość ostrej i nietypowej) muzyce. Ci, którzy traktują imprezę jak wesele, srogo się mylą. Dlaczego? Już Wam tłumaczę.

12080152_1095643810446113_3256547631210618087_o Mieliśmy efektowne wejście – ja w stroju Czechożydkowo-słowiańskim, Jakub wyglądający jak wielki, groźny bloger 😉

Wśród wielu zarzutów, z którymi mieliśmy okazję się zetknąć, często pojawiało się zdanie w stylu: „Ale przecież robicie wesele! Nieważne, jak to nazwiecie, to dalej WESELE!”. Może to, co teraz powiem, nie zabrzmi zbyt dobrze i profesjonalnie, ale… Kto tym, co się tak burzyli, wbił do głowy przekonanie, że po ślubie zawsze jest wesele? W sensie, że nie można tego czegoś, co ma miejsce po pójściu do kościoła/urzędu/za iks wstaw cokolwiek nazwać inaczej, niż weselem?

To nie było wesele. To była nasza impreza. Jedynym typowo weselnym akcentem były zaimprowizowane oczepiny (by tradycji stało się zadość). Nikt nie musiał przyjść ubrany w garnitur/odświętną sukienkę ani nie musiał brać udziału w często uwłaczających zabawach weselnych, mających mniejszy lub większy podtekst seksualny. Wraz z partnerami zorganizowaliśmy coś, na czym każdy mógł czuć się swobodnie i robić, co chce – pić, jeść, tańczyć, wygłupiać się, rozmawiać, cieszyć się z nami tym wyjątkowym wieczorem. Równie dobrze mogliśmy iść do pubu, zrobić domówkę lub iść nad Wisłę (oczywiście, jakby pogoda dopisała).

Dobrze, przejdźmy do tego, jak wszystko się odbyło. 🙂 Więcej szczegółów znajdziecie na landing page’u, ale to po naszym powrocie ze Szkocji.

12080322_1095643450446149_6876787218047706483_o

Jak widać na powyższym obrazku, byliśmy przebrani za przebierańców. ^^ Obydwoje w glanach (najwygodniejszych butach świata), Kuba w pożyczonej kolczudze, ja w spódnicy z Ubran City (polecam, jest megawygodna), koszulce z Koszulkowa oraz własnoręcznie zrobionym wianku. Luźno, swobodnie, z jajem. Kuba po pewnym czasie zdjął tę kolczugę – nie wiem, jak Wy, ale osobiście nie byłabym w stanie przetańczyć całej nocy w czymś, co waży piętnaście kilo. 😉

Skoro mowa o tańcach – kogo byście się nie zapytali, każdy chyba Wam powie, że muzyka była nietypowa. Nie znaleźlibyście wśród puszczonych piosenek ani jednego typowo weselnego kawałka (tak, Cudownych rodziców mam też nie było. Nie znoszę tej piosenki…), było za to wszystko to, co my dwoje kochamy – oczywiście, bez przesady, by goście nie uciekli tłumnie z imprezy.

Poza trochę ostrzejszą muzyką dorzuciłam do playlisty imprezowej kilka kawałków od siebie, zarówno czeskich, jak i hebrajskich lub związanych z Żydami. Ku mojej uciesze całkiem sporo ludzi bawiło się świetnie przy Jewish Style* (nawet, jak się zorientowali, że tekst wcale nie jest po koreańsku…). Równie duża frekwencja na parkiecie miała miejsce już pod koniec imprezy, kiedy to puściliśmy (ku zaskoczeniu niektórych) Hava Nagila Rootwatera…

Zresztą, co się będę rozdrabniać – i tak największym muzycznym zaskoczeniem dla wszystkich zebranych było Du hast Rammsteina _^_ Nie każdy wie, że wychowałam się na muzyce tego zespołu oraz że żyć bez nich nie mogę. Wiem, mało wikińsko, mało słowiańsko, ale to my w końcu ustalaliśmy playlistę. 😉

Nie wydarzyło się nic nieoczekiwanego ani wytrącającego nas z równowagi. Goście dobrze się bawili, oczepiny okazały się być bardzo wesołym akcentem (zwłaszcza przy bitwie o hełm, którym rzucał Kuba), skarg i zażaleń nie odnotowaliśmy. Wróciliśmy do domu nad ranem, zmęczeni straszliwie, ale szczęśliwi.

Stało się tak, jak to sobie wymarzyłam – potańczyliśmy, pojedliśmy, pobawiliśmy się. Było wspaniale. Tylko szkoda, że tak krótko…

12087935_1095643787112782_2186759709879210806_o

Zdjęcia autorstwa Agnieszki Wanat – najlepszej fotografki na świecie. Aga, dzięki wielkie, jesteś wspaniała! 🙂

*Kuba zdążył się pięć razy załamać, dwa wrzasnąć, że po Jego trupie to puszczę na imprezie, parę zająknąć, że może jednak nie… Zapowiedziałam, że jak tego nie będzie, to wychodzę. ^^ #czechożydekszantażysta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogogody, czechożydek, wątek czeski, wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Impreza (nie do końca weselna) – druga część Blogogodów

  1. Pingback: Impreza! | Blogogody

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s