Nad pięknym szkockim jeziorem – Loch Lomond (16.09.2015)

Szkocja zapiera dech w piersiach. W moim przypadku zwłaszcza – dużo świata nie zwiedziłam, jakoś nie było okazji, także zachwycam się nieustannie, właściwie nie mając wielkiego porównania ^^’. Pierwszy lot w życiu zniosłam dobrze chyba tylko dlatego, że ciągle zerkałam przez okno i zachwycałam się widokami, nie zwracając uwagi na cokolwiek innego. Ach, te szkockie pola widziane z góry…

Posiedzieliśmy kilka dni w Glasgow, rozeznaliśmy się w okolicy i postanowiliśmy udać się w pierwszą podróż za miasto. Padło na okolice jeziora Loch Lomond, gdzie czekało na nas m.in. oceanarium oraz coś w rodzaju centrum ptaków drapieżnych.

Jeżeli będziecie w Glasgow, koniecznie tam jedźcie! Warto! Zwłaszcza, że to mniej niż godzina jazdy w jedną stronę 🙂

Takie tam z jeziorem. #lochlomond #szkocja #scotland #cathrynekpodróżuje

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Nad jezioro Loch Lomond jedzie się ok. 40 minut z okolic ogrodu botanicznego w Glasgow. Bilety można kupić u kierowcy bądź udać się na dworzec autobusowy i wykupić kilkudniowy voucher na Citylink, lokalną firmę przewozową. Może nie zawsze będzie się miało wygodne siedzenia, ale (w przeciwieństwie do Polskiego Busu) współpracuje z paroma innymi przewoźnikami, dzięki temu spokojnie mogliśmy np. wracać z Aberdeen Megabusem Gold. Polecam, fajna sprawa, nic się nie dopłaca. W przypadku wypadu nad Loch Lomond byliśmy jeszcze głupi nie wpadliśmy na pomysł pójścia na dworzec w celu wykupienia voucheru, dlatego też nabyliśmy bilety u kierowcy.

Dojechaliśmy, wylądowaliśmy przy drodze… Z jednej strony las, z drugiej las… Dotarliśmy w okolice jeziora po półgodzinie błądzenia. Drogowskazy są, ale nie za często, Google Maps było naszym wielkim przyjacielem 😉

Wpierw udaliśmy się do Bird of Prey Centre. Nie znam żadnego polskiego odpowiednika, dlatego będę się posługiwać nazwą Ptasie centrum. Bo to w sumie było ptasie centrum 😉

Loch Lomond Bird of Prey Centre. Świetna atrakcja. #szkocja #lochlomond #scotland #cathrynekpodróżuje

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Generalnie idea tego miejsca jest taka, że trzymają tam po jednym (w niektórych przypadkach po dwóch) przedstawicielu każdego gatunku zamieszkującego Szkocję. Poza różnymi sokołami, jastrzębiami itd. widzieliśmy także sowę śnieżną (Hedwiga! ^^) oraz orlicę. Ptaki albo miały swoje wybiegi, albo były przywiązane do słupka i wystawione na pokaz. Aż się dziwię, że nikt nie wpadł na pomysł wyciągnięcia ręki do takiego orła w celu pogłaskania… W Polsce by to nie przeszło, ale to temat na inną dyskusję.

Ptaki wyglądały na dobrze odżywione (troszkę się na tym znam, ma się papugę od dziesięciu lat), skrzeczały do siebie, nie były agresywne ani nie uciekały przed ludźmi. Najbardziej zastanawiało nas zachowanie orlicy, która na widok jednego z pracowników centrum zaczęła wydawać głośne okrzyki, jakby go nawoływała.

Dalszy rozwój sytuacji niech Wam przybliży trzecia część Przygód Czechożydka w Szkocji, cyklu, który uskuteczniam na Facebooku od początku pobytu na wyspach:

Pojechaliśmy nad Loch Lomond (jezioro takie). Jedną z lokalnych atrakcji było coś w rodzaju minizoo, a dokładniej ptasiego centrum. No, kupujecie bilet i idziecie oglądać sowy i sokoły. To miejsce nazywa się Loch Lomond Bird of Prey Centre.
I w tym miejscu była orlica. Największe ptaszysko, jakie widziałam w życiu z bliska. Na wybiegu, przywiązane do jakiegoś drążka.
Ta orlica nawoływała swojego opiekuna, który się krzątał niedaleko.
I ten opiekun, na nasze pytania, co jej jest, podszedł do orlicy i zaczął ją miziać po łbie.
I ćwierkać do ucha.
I PRZYTULAĆ SWOJĄ TWARZ DO JEJ WIELKIEGO, OSTREGO DZIOBA.
O.O

Nie otrząsnęliśmy się z szoku do tej pory. Ja wiem, że ptaki mogą traktować ludzi jak partnerów i towarzyszy, ale widok człowieka przytulającego twarz do dzioba orlicy niemniej jednak robi wrażenie.

Po jakimś czasie udaliśmy się do Sea Life Aquarium, co nazwaliśmy oceanarium dla ułatwienia sobie życia. W podobnym miejscu byłam tylko raz (Gdynia się kłania). Nie umiem ubrać w słowa tego, co poczułam na widok akwarium, które jednocześnie było tunelem dla zwiedzających Tego typu wynalazki widziałam do tej pory tylko w filmach. Chyba możecie sobie wyobrazić nasz zachwyt w momencie, kiedy nad naszymi głowami przepłynęło kilka rekinów, płaszczka oraz żółw.

Jedyny minus Sea Life Aquarium to bardzo niska temperatura, podobna do tej poza budynkiem. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń – zwiedza się dobrze, zwierzęta są zadbane, trzymane w czystych akwariach, poza tym co jakiś czas trafialiśmy na pracowników oceanarium, zwracających w razie czego uwagę, by nie pukać w szyby. Zresztą, zwiedzający szybko dostosowywali się do zaleceń, obyło się bez awantur.

Jezioro Loch Lomond jest olbrzymie. To, co uznałam za drugi brzeg, okazało się być wyspą znajdującą się na środku zbiornika (porównałam Google Maps z mapką w naszym przewodniku, to faktycznie była wyspa… A nie wyglądała!). Zimno nie przeszkodziło nam w udaniu się na spacer wzdłuż brzegu. Dobrze, że chociaż słońce świeciło. ^^’

Polecam wycieczkę nad Loch Lomond chociażby dla świeżego powietrza – wszędzie wokół są lasy, okolice jeziora są czyste, w wodzie widziałam masę rybek… Jeżeli będziecie w okolicy i będziecie potrzebowali odpocząć, to polecam usiąść sobie z jedzeniem i kawą właśnie nad jeziorem, a nie w pobliskim Macu. 😉

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogogody, Podróże małe i duże i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s