Z wizytą w stolicy Szkocji – Edynburg (17-18, 20.10.2015)

Czymże by była objazdówka po Szkocji, gdyby nie wizyta w jej stolicy, Edynburgu? Niczym, sami przyznacie mi rację. Edynburg okazał się być tak ciekawym miastem, że pojechaliśmy tam w sumie nie jeden, nie dwa, ale aż trzy razy (tacy byliśmy szaleni).

Chociaż i tak odnoszę wrażenie, że w przypadku Edi* tydzień pobytu byłby idealny, bo zobaczyliśmy ledwie ułamek tego, co to miasto ma do zaoferowania…

Słów kilka o Edynburgu: jak już wspomniałam, jest to stolica Szkocji. Wcale się temu nie dziwię – to miasto jest piękne! I pełne ludzi. Owszem, w Glasgow także napotkacie tłumy, ale tylko w godzinach szczytu, pod wieczór to miasto cichnie i dość szybko się uspokaja, atmosferą przypomina mi trochę Kraków. Natomiast Edynburg żyje, to miejsce tętni życiem. Jeżeli ktoś z Was nie zgadza się z moją tezą, ma do tego pełne prawo – spędziłam w tym konkretnym zakątku Szkocji raptem trzy dni, chętnie podyskutuję w komentarzach.

Pierwsze wrażenia mamy obydwoje bardzo pozytywne. W przypadku tego wyjazdu zrobiliśmy wyjątek i podróżowaliśmy pociągiem Scotrail – bilety na innych trasach są strasznie drogie, natomiast w przypadku Edynburgu przejazdy można było przeboleć. Nie dość, że wygodnie, to jeszcze mieliśmy WiFi… Ale, ale, miałam o mieście.

Jeszcze przed zatrzymaniem się pociągu przywitało nas wzgórze z zamkiem, widać je tuż przed wjazdem na dworzec. Kuba nie mógł mnie odkleić od szyby, tak wielkie wrażenie zrobił na mnie ten widok. Dalsze przeżycia były równie pozytywne: spacer do parku niedaleko dworca, obserwowanie mieszkańców, robienie dziesiątek zdjęć… Oraz czekanie na naszego przewodnika, Mateusza, z którym spędziliśmy pierwszy z trzech dni w Edynburgu.

Edynburg jest piękny! #edinburgh #edynburg #cathrynekpodróżuje #czechożydek #szkocja #scotland

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Zwiedziliśmy spory kawałek miasta, zapuszczając się często w boczne uliczki, czasem tylko po to, by zrobić zdjęcie i iść dalej. Mateusz pokazał nam nie tylko zamek i fragment Starego Miasta z obowiązkową ulicą Royal Mile, pełniącą funkcję najważniejszej ulicy tej dzielnicy. Byliśmy także nad morzem (oczywiście, rzuciłam się na poszukiwanie muszelek dla mojej siostry, panowie mieli ze mnie niezły ubaw), nad rzeką przepływającą przez miasto oraz… W miejscu, gdzie jest największe skupisko tzw. charity shops 😉

Charity shop to nic innego jak sklep typu second hand, z tym, że główne założenie jest takie, że pieniądze ze sprzedaży idą na cele charytatywne, zaś w sklepach pracują wolontariusze. Byliśmy m.in. w punktach British Heart Foundation, Cancer Research UK oraz Armii Zbawienia. Oferta jest rozmaita – od ciuchów poprzez książki, na bibelotach i durnostojkach skończywszy. W Edynburgu jest zatrzęsienie charity shops, biegaliśmy od sklepu do sklepu. Jednym z najważniejszych znalezisk jest, jak to określił Kuba, „czapka gazeciarza”, zwykła damska czapka z daszkiem na chłodniejsze dni. Cieszyłam się jak dziecko, ponieważ nie wzięłam z domu nic, co mogłoby moje oczy jakkolwiek ochronić przed słońcem, a i tak nosiłam się z zamiarem kupna czegoś podobnego w Polsce… I w ten oto magiczny sposób stałam się posiadaczką czapki.

Angielskie wydanie Nieznośnej lekkości bytu, którego zdjęcie znajdziecie poniżej, nabyłam właśnie w charity shop w Edynburgu. 🙂 Szydełko tunezyjskie zaś dorwałam w lokalnym sklepie dla rękodzielników.

Drugi dzień spędziliśmy w… ZOO. Tak, w ZOO. Ja i Jakub lubimy tego typu miejsca, czego dowodem jest chociażby wpis o naszej wizycie w Ostrawie. Tym razem nie mogliśmy sobie darować odwiedzenia ogrodu zoologicznego, ponieważ Edynburg może się pochwalić posiadaniem aż dwóch pand wielkich! Mieliście kiedyś okazję zobaczyć pandę? Bo ja nie.

Pandy robią wrażenie, podobnie, jak całe ZOO. Kilkugodzinna wędrówka, często po wybiegach (ścieżki dla zwiedzających przecinały część wybiegów, co nas zaszokowało, w Polsce bowiem nikt by nie wpadł na pomysł puszczenia ludzi z dziećmi przez pole, gdzie skaczą sobie małpy czy kangury…) wprawiła nas w dobry nastrój, odprężyła i pozwoliła nam się przyjrzeć brytyjskim zwiedzającym. Mi jako kulturoznawcy, Kubie jako socjologowi. O efektach obserwacji napiszę innym razem.

Zapytacie pewnie, co z trzecim dniem, co wtedy robiliśmy. Cóż, poświęciliśmy go na ogólny spacer po mieście i po wszystkich tych miejscach, gdzie nie dotarliśmy za pierwszym podejściem 🙂 Byliśmy m.in. w National Museum of Scotland, które obydwoje gorąco polecamy.

Edynburg jest miastem doznań, mogę się podpisać pod tym zdaniem obiema łapkami. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zdarzy mi się trafić do Szkocji, na pewno tam pojadę, zwłaszcza, że nie miałam okazji zajrzeć do miejscowej synagogi. Trzeba to nadrobić! Poza tym cały czas odnoszę wrażenie, że sporo nas jeszcze ominęło.

Last, but not least – specjalne podziękowania kieruję do Mateusza vel Drusia, który nie dość, że nas dzielnie oprowadzał po swoim mieście, to jeszcze zabrał mnie i Kubę na plażę oraz na bardzo dobry obiad. Drusiu, gdyby nie Ty, ta wyprawa na bank wyglądałaby zupełnie inaczej (czyli biednie, bo nie wiedzielibyśmy, gdzie jechać i co zobaczyć). 😉

Na zakończenie macie zdjęcie z plaży.

12112244_10208268742060879_6256789426477231000_n

*Edi jest skrótem od angielskiej nazwy miasta (Edinburgh), używanym przez lokalną Polonię. Czy inne narody również tak mówią, nie powiem, bo nie wiem.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Blogogody, Podróże małe i duże i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s