Mariusz Szczygieł, „Láska nebeská”

422405-352x500 Agora SA, Warszawa 2012
Liczba stron: 167
Źródło: prezent ślubny

Trzecie podejście do tego autora. Dwa poprzednie skończyły się dobrze, to – niekoniecznie.

Uwaga, będzie subiektywnie. Ale czego się w sumie spodziewać, skoro to wpis o subiektywnej książce?

W mojej bohemistycznej biblioteczce brakuje wielu rzeczy. Od niedawna nie muszę jednak narzekać na brak książek* Mariusza Szczygła – dwie odkupiłam, jedną otrzymałam od wspaniałej Agnieszki w prezencie ślubnym. Aga, zapewne domyślasz się, że w tym momencie otrzymujesz dedykację.

Zarówno Gottland, jak i Zrób sobie raj doczekały się tekstów na swój temat (kliknięcie przekieruje Was na notki). Obydwie te publikacje oceniłam dobrze. Bo czemu nie? Mimo rozmaitych wad znalazłam w nich także rzeczy ciekawe, zaskakujące; moim skromnym zdaniem to dobre lektury dla tych, co chcieliby wiedzieć więcej o Czechach.

Natomiast Láska nebeská przyprawiła mnie o palpitacje serca/rozczarowała mnie wywołała uczucia zgoła inne, niż by sugerował tytuł. Im dłużej czytałam, tym było ze mną gorzej. Niemniej jednak skończyłam, odłożyłam, odczekałam kilka dni aż się uspokoję aż mi się wszystkie wrażenia poukładają w głowie i zasiadłam do pisania.

Cytując opis z tyłu okładki: Mariusz Szczygieł ujawnia twarz felietonisty. Uczono mnie w szkole, że felieton tym różni się od eseju, iż pozwala autorowi na większą swobodę pisania i wyrażania własnych myśli (i jest tez krótszy). Felietony mogą być lekkie, łatwe i przyjemne w czytaniu, z tym mi się też kojarzą. Część tekstów zawartych w tej książce powstała chyba właśnie po to, by się je dobrze czytało, by stanowiły odprężającą rozrywkę. Dodatkowo – co by było ciekawiej – jako ilustracje służą zdjęcia Františka Dostala, fotografa, o którym wcześniej nie słyszałam, a którego zdjęcia są naprawdę interesujące.

W porównaniu z poprzednimi dziełami Láska nebeská nie podbiła mojego serca w żaden sposób. Wiele się spodziewałam po tej książce, na oczekiwaniach się skończyło.

Podobało mi się główne założenie autora – każdy felieton związany jest z jakąś czeską książką. Cytując opis z okładki:

Z książek – przyznaje (autor – dopisek niżej podpisanej) – zapamiętuję tylko pojedyncze zdania i potem zaczynają one żyć w mojej głowie własnym życiem.

I tak oto na ten zbiorek składają się m.in. teksty luźno nawiązujące do Śmierci pięknych saren Oty Pavla, Święta przebiśniegu Hrabala czy Opery żebraczej  Havla. W porządku, rzecz wręcz chwalebna, dzięki temu czytelnicy poznają nowe tytuły, być może pójdą do biblioteki i coś wypożyczą. No dobrze – pomyślałam sobie – może będzie sympatycznie, przeczytam, mam niedosyt Czech po skończeniu Ach, te Czeszki.

Schody zaczęły się dla mnie już na samiutkim początku:

Zresztą mam czasem wrażenie, że po to właśnie zostali wymyśleni Czesi. Żeby wprowadzać Polaków w dobry nastrój. (str. 7)

Zatrzymałam się przy tym zdaniu na moment. Nasunęło mi się coś, co jest efektem dyskusji z jednym znajomym (dyskusja nosiła tytuł Co Ty tak właściwie widzisz w tych Żydach?). Jest to zdanie Żydzi są narodem wybranym… do dostawania łomotu**. Oczywiście, wszyscy chyba wiemy, że problem jest o wiele bardziej złożony i takie podsumowanie Żydów jest łagodnie mówiąc krzywdzące, podobnie, jak infantylizacja narodu czeskiego. Moim zdaniem cytowane wyżej stwierdzenie samo w sobie jest niewinne i ma swoje podłoże (zwłaszcza, że znam inne książki autora, po części wydaje mi się, że rozumiem, z czego się to bierze), niemniej jednak kiedy przywołałam te słowa podczas rozmowy z moimi czeskimi znajomymi, reakcje były najróżniejsze. Zwłaszcza w świetle tego, co napisałam w notce o Pepikach Mariusza Surosza. Podsumowując: gdybym miała teraz napisać tego typu tekst, dodałabym do niego przypis – bez tego jest bowiem niekompletny i może spowodować zamęt.

Żeby na jednym zdaniu się skończyło… Im dalej brnęłam, tym było gorzej. Chwilami nie wypuszczałam ołówka z dłoni***, zaznaczałam cytat za cytatem (zarówno te złe, jak i dobre – zdarzyło mi się bowiem nad paroma rzeczami zaśmiać). Gdybym miała tu wszystko przytoczyć, notka miałaby na pewno więcej niż pięć stron.  By się nie rozwlekać powiem, że wszystkie zarzuty, które umiałam sobie wytłumaczyć przy poprzednich książkach (subiektywizm, odwoływanie się do własnej osoby, niczym nieskrępowana czechofilia, krytyka własnego kraju a zarazem brak krytycznego spojrzenia na Czechy) tu nabierają na sile do tego stopnia, że momentami musiałam odkładać książkę na godzinę lub dwie. Co za dużo, to niezdrowo…

Zatrzymajmy się w tym momencie.

Mogłabym dalej wypisywać, jak to mi się ta książka nie podobała, że tego nie da się czytać i tym podobne farmazony. Nie czynię tego jednak. Zamiast usiąść i napisać tekst w stylu NIE CZYTAJCIE TEGO zrobiłam coś zupełnie innego – zastanowiłam się, co mnie tak naprawdę drażni w tej książce.

Doszłam do wniosku, że drażni mnie ten paskudny, olbrzymi optymizm. Wszystko inne mogę sobie przetłumaczyć.

Subiektywizm? Dziennikarz powinien być na swój sposób subiektywny. Może jednak trochę mniej od blogera, ale jednak. Krytyka własnego kraju? W świetle obecnych wydarzeń trudno nie myśleć o emigracji. Pisanie o własnej osobie? A co ja tu niby robię, moi drodzy? 😉

Drażni mnie wspomniany optymizm, ponieważ sama (a żyję trochę krócej, niż autor) zdążyłam poznać chociaż troszkę ciemną stronę Czech. Uwielbiam ten kraj, fanscynuje mnie język, kultura, literatura, życie zwyczajnych ludzi… Nie umiem jednak uśmiechać się cały czas, kiedy komuś opowiadam o Czechach. I trochę tego autorowi zazdroszczę.

Powiem tak: wolę Gottland i Zrób sobie raj. Tego typu stylistyka bardziej mi leży, mam odniesienie do innej literatury przedmiotu (skąpe, bo skąpe, ale jednak), uogólnienia i prawdy absolutne w stylu największy Czech = Havel, największy czeski pisarz = Hrabal, najlepszy czeski film = Palacz zwłok nie są aż tak drażniące…

Nie powiem: nie czytajcie tego, nie warto. Z recenzji i opinii moich znajomych widzę, że wśród osób niezwiązanych z Czechami Láska nebeská czasem robiła nawet furorę. Powiem więc tak: przeczytajcie. I wróćcie do mnie. Podyskutować. Nie poprzestawajcie tylko na lekturze. To, że mi się nie podobało, nie oznacza, że Wy sami będziecie zawiedzeni.

*o niebohemistycznych nie wspominam, ale i tak planuję je przeczytać. 😉

**Już nie pamiętam, z czyich ust to padło. Zdaniem niektórych te słowa są niezwykle trafne, ja zawsze wolę dać do nich spory przypis, by nie doszło do nadinterpretacji lub posądzenia mnie o antysemityzm.

***wychodzę z założenia, że książka, w której znajdują się ślady ołówka (notatki, oznaczenia itd.) wcale nie jest zniszczona. Wprost przeciwnie: to znak, że wywołała reakcję czytającego, wpłynęła na niego jakoś.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii literatura o Czechach, wątek czeski, wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Mariusz Szczygieł, „Láska nebeská”

  1. szurens pisze:

    O ile dobrze pamiętam, te felietony były drukowane co tydzień w GW w związku z publikacją i sprzedażą kolejnych ksiazek z serii czeskiej literatury. http://kulturalnysklep.pl/LC/prcl/kolekcja–literatura-czeska-.html Dzieki za recenzję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s