Z innej beczki: Aglaja Veteranyi, „Kto znajduje, źle szuka”

 Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
Tłumaczenie: Katarzyna Leszczyńska
Liczba stron: 358
Źródło: wymiana

Za pomocą rozumu człowiek może zrozumieć, że nie rozumie – słów kilka o tym, jak można smakować absurd. Powoli, ale żarłocznie zarazem, całymi kęsami, do stanu kiedy czujesz, że zaczynasz się dławić, ale po sekundzie lub kilkunastu przechodzi Ci to wrażenie…

Sami widzicie, z wrażenia zaczęło mnie ponosić.

W ramach wstępu: o Aglai Veteranyi jeszcze kilka lat temu nie wiedziałam nic. Nie domyśliłabym się nawet, że ktoś taki istniał. Jesteście mądrzy, bystrzy, chyba już wiecie, że mogłam nie wiedzieć nic o Veteranyi do pewnego momentu, który kiedyś musiał nastąpić.

To jakże niezwykłe nazwisko niezwykłej osoby dostało się do mojej pamięci za sprawą świetnej książki Dagny Kurdwanowskiej pt. Biblioteka samobójców. Aglaja Veteranyi* nie pasowała mi do pozostałego pragnącego śmierci towarzystwa – owszem, pisała o umieraniu, ale nie w taki sposób, jak reszta pisarzy… W internecie znalazłam zdjęcia uśmiechniętej Aglai, opisy jej tekstów wskazywały na to, że gdzieś tam przez cały czas w jej twórczości przewijały się pozytywne strony życia… Kurczę – pomyślałam sobie – dlaczego akurat ona musiała się zabić? Cały czas coś mi nie pasowało, męczyłam się przez pewien czas, chciałam przeczytać jakąkolwiek jej książkę, by spróbować zrozumieć, co mogło pchnąć pisarkę w objęcia śmierci.

Okazja do próby zrozumienia nadarzyła się w tamtym tygodniu, kiedy to w ramach wymiany otrzymałam Kto znajduje, źle szukał. Coś, co nazwałam biografio-antologią, a co autor streszczenia z tyłu okładki nazwał kolażem. De facto ta książka zdecydowanie jest kolażem – świadczą o tym pocztówki i zdjęcia ilustrujące teksty Aglai i o Aglai.

Już sam życiorys Veteranyi jest na tyle zwariowany, że można go spokojnie uznać za jedno z jej dzieł. Aglaja była dzieckiem artystów cyrkowych, jej matką była Rumunka, ojcem zaś Węgier. Razem z rodziną uciekła do Szwajcarii, która stała się jej nową ojczyzną. Tworzyła w języku niemieckim, który opanowała w bardzo krótkim czasie** – do tego stopnia, że aż zachwycała innych swoim zręcznym posługiwaniem się tym językiem.

No dobrze, zapytacie. Niezwykły życiorys niezwykłym życiorysem***, ale jak przekłada się on na twórczość? Na to, co pozostało po Aglai? Już spieszę wyjaśniać.

Przede wszystkim Aglaja Veteranyi potrafiła zawrzeć maksimum treści w jednym zdaniu, co udaje się nielicznym. W jej dziełach absurd goni absurd, słowa zyskują nowe znaczenie, a ludzie zupełnie nowe role. Sposób, w jaki autorka budowała fabułę swoich opowieści, przypomina mi trochę to, co znalazłam u Brunona Schulza w Sklepach cynamonowych. Czuć podczas czytania, że wyobraźnia Aglai była niezmierzona, a jej skojarzenia potrafiły przybrać najdzikszą możliwą formę.

Skojarzenie goni skojarzenie – nic nie jest jasne. Naturalny porządek rzeczy zostaje wywrócony do góry nogami, zniszczony i zmontowany od nowa. Z tym wiąże się kolejna rzecz, która szczególnie zwróciła moją uwagę – wiele z niespodziewanych wydarzeń, których bohaterami są postacie wykreowane przez Aglaję, są jakby żywcem wyjęte z wyobraźni dziecka.

Czytałam kiedyś artykuł o tym, jak małe dzieci (szczególnie te, które dopiero co nauczyły się w miarę dobrze mówić) mieszają rzeczywistość z tym, co podpowiada im ich własna wyobraźnia. Najbardziej poruszył mnie akapit o tym, jak tak małe dziecko postrzega śmierć – dla niego jest to czysta abstrakcja, miesza ją z tym, co zna, o czym usłyszało. Takie właśnie wymieszanie jawy i wytworów wyobraźni odnalazłam u Veteranyi. Ileż to razy łapałam się za głowę podczas czytania, myśląc: Matko jedyna, to przecież dziecięca paplanina, jednocześnie mająca i nie mająca sensu… Dzieci przecież mają tendencje do posługiwania się groteską i okrucieństwem, mimo, iż teoretycznie nie powinny tego wszystkiego znać. Słusznie autor tekstu z tyłu okładki zauważa, że

W książkach Aglai Veteranyi dziecięca naiwność miesza się z groteską, a okrucieństwo z pogodnym humorem.

Kto znajduje, źle szukał to nie tylko antologia tekstów Veteranyi, okraszona garścią grafik i fotografii. To moim zdaniem podsumowanie dorobku literackiego artystki, dzieło nie tylko samej Katarzyny Leszczyńskiej, ale także ludzi, którzy znali i kochali Aglaję. Ta książka to idealny przykład na potwierdzenie tezy, że pisarze umierają, ale ich twórczość żyje dalej.

Nie wszystek umrę, prawda?

***

Na potwierdzenie mojej pisaniny zamieszczam poniżej fragmenty jednego z tekstów Aglai Veteranyi. Nosi on kuriozalny tytuł Uwaga, groźna zupa z kury. Danił Charms na emigracji, składa się na niego dwadzieścia stron historyjek z życia po życiu Daniła Charmsa, rosyjskiego poety-surrealisty. Piszę o tym, bo moje serce podbiła już pierwsza z nich (mimo, iż normalnie absurd niespecjalnie do mnie przemawia):

Wkrótce po tym, jak poeta Danił Charms umarł z głodu w rosyjskim więzieniu, pojechał do Wenecji, żeby zwiedzić zalany plac św. Marka.
Przy oknie wykwintnej kawiarni ‚Florian’ powstały niezliczone i nikomu nieznane słynne opowieści*.
Na przykład o starych kobietach, nieustannie rzucających się z okna i rozbijających o bruk. Albo o pływających starych kobietach, które zakochują się w papieżu i śpiewają mu rosyjską pieśń po włosku.
Kiedy papież o tym usłyszał, miał powiedzieć, że nie rozumie w obcych językach.
A przy tym Charms był bardziej wierzący od papieża.
Codziennie stawał w kolejce przed kościołem św. Marka, przeciskał się do Maryi Dziewicy i czytał jej swoje najnowsze teksty.

*wymawiaj: słynne opowieści.

Jeszcze myślałam, że jest ze mną dobrze – okej, zdarza się, że absurd do mnie przemawia, ba, nawet zachwyca. Nie jest powiedziane jednak, że tak będzie zawsze. O ja naiwna… Moja chęć jakiejkolwiek krytyki tekstów o Charmsie poległa w starciu z tym, co znalazłam na następnej stronie:

TO ZROZUMIAŁE, ŻE CHARMS NIE WYTRZYMAŁ W ROSJI ŚMIERCI I UCIEKŁ ZA GRANICĘ

Jak obuchem w głowę. Wszelkie racjonalne podejście do lektury szlag trafił. Pozostała czysta radość ze zgłębiania cudzej twórczości. Nie myślałam, dałam się porwać dalszym perypetiom Charmsa.

Na koniec zaprezentuję Wam mój absolutny hicior. Nie tylko ze względu na wątek żydowski.

CHARMS MAWIAŁ

ŻE CHĘTNIE ZOSTANIE CHRZEŚCIJANINEM

ALE OD NIEDZIELI DO PIĄTKU DALEJ BĘDZIE ŻYDEM

Zanurzyłam się w teksty Veteranyi tak bardzo, że brak kropki w powyższym stwierdzeniu niepokoi mnie do tej pory. Co się z nią stało, dlaczego tam nie ma tej kropki…

*będę stosować na przemian imię, nazwisko, imię z nazwiskiem i co mi tam jeszcze przyjdzie do głowy. Kto mi zabroni. Jeśli Wam to przeszkadza, to wybaczcie.

**na co patrzę z zazdrością, bo mój czeski piękny nie jest.

***niżej podpisana śmie twierdzić, że jej życie także jest niezwykłe, czemu zaprzecza mąż niżej podpisanej, twierdząc, że niżej podpisaną zachwycają zwykłe pierdoły.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii wątek żydowski, Z innej beczki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s