Zachowanie człowieczeństwa w obliczu Zagłady – subiektywna trójka filmów o obozach koncentracyjnych

Było już co nieco o filmach o getcie warszawskim, teraz przyszedł czas na cięższą tematykę. Oczywiście, możecie się ze mną nie zgadzać co do „kalibru” omawianych przeze mnie produkcji. Osobiście jednak wychodzę z założenia, iż filmy, których akcja dzieje się w obozach koncentracyjnych nie są dla każdego widza, miejscami są bardziej okrutne. Wszystko zależy od tytułu tak naprawdę, niemniej jednak gdybym miała coś polecić osobom kompletnie nieznającym żadnej produkcji o Holokauście, prędzej byłby to Korczak niż jeden z poniższych przykładów.

Pomysł na wpis narodził się tego dnia, kiedy Syn Szawła otrzymał Oscara* za najlepszy film nieanglojęzyczny. Jak słusznie zauważa Zwierz popkulturalny, wyróżnienie nikogo nie zdziwiło – osobiście jeszcze przed seansem twierdziłam, ze nieważne, o czym są pozostałe propozycje oscarowe, Syn Szawła może – kolokwialnie rzecz ujmując – pozamiatać ze względu na samą swoją fabułę.

Także… Przed Wami subiektywna trójka filmów o próbach zachowania człowieczeństwa w obozach koncentracyjnych.

Zaczniemy polskim akcentem:

  • Pasażerka, reż. Andrzej Munk (1963)

Do ekranizacji słuchowiska Zofii Posmysz mam szczególny sentyment, ponieważ pisałam o niej w pracy maturalnej. Tak, moja prezentacja na ustnej maturze z polskiego dotyczyła obozów koncentracyjnych. Niedokończona produkcja Andrzeja Munka stanowi jeden z wielu przykładów potwierdzających obiegową opinię, że kiedyś Polacy potrafili kręcić dobre filmy**.

Część z Was zapyta pewnie, dlaczego Pasażerka nie została ukończona. Otóż historia jest taka, że Andrzej Munk zginął w wypadku samochodowym w 1961 roku. W tamtej chwili na film składały się jedynie sceny nakręcone w Auschwitz-Birkenau oraz zdjęcia zrobione na transatlantyku „Batory”. Ekipa filmowa nie zdecydowała się na kontynuowanie prac reżysera, tworząc za to z dostępnych już materiałów film stanowiący zarówno ekranizację słuchowiska Posmysz, jak i epitafium dla tragicznie zmarłego Munka.

O co chodzi: Liza, była nadzorczyni z Birkenau, mieszkająca wiele lat poza Europą, podróżuje wraz z mężem. Na statku płynącym do Europy spotyka kobietę, łudząco podobną do więźniarki, która w obozie była jej szrajberką. Liza powraca myślami do chwil, które spędziła w obozie oraz do tego, jak wielokrotnie próbowała manipulować swoją podwładną.

Zachowanie człowieczeństwa dotyczy przede wszystkim Marty i jej narzeczonego, Tadeusza, więźnia przebywającego w innej części obozu. Dzięki Lizie udawało im się utrzymywać kontakty przez pewien czas – nadzorczyni co prawda poprzez zezwalanie na krótkie wizyty mężczyzny usiłowała przejąć nad Martą kontrolę (podkreślając także nieco pogardliwie w swoich wspomnieniach, iż narzeczeni bawili się w miłość, chociaż nie mieli do niej prawa), niemniej jednak nieświadomie przyczyniła się do tego, że Polka nie straciła poczucia człowieczeństwa. Takie jest moje zdanie.

Pasażerka jest filmem dobrze odwzorowującym funkcjonowanie obozu (chociaż zaprezentowane krematorium i komora gazowa nie odzwierciedlają rzeczywistości, ponieważ zostały wysadzone w powietrze pod koniec wojny. Wystarczy spojrzeć na mapę obozu i położenie podobozu kobiecego). Czas trwania to zaledwie godzina – dobrze, że chociaż tyle. Polecam zarówno film, jak i powieść, napisaną w 1963 roku na podstawie słuchowiska.

  • Bóg przed sądem/Sąd nad Bogiem, reż. Andy De Emmony

Nie wiadomo, czy sąd więźniów Birkenau nad Stwórcą faktycznie miał miejsce. Istnieją relacje potwierdzające (najbardziej znana jest wersja Eliego Wiesela – z tego, co słyszałam, miał on być świadkiem całego zajścia), żadnej z nich nie da się, niestety, potwierdzić w stu procentach. Moim zdaniem taki sąd mógł mieć miejsce: w końcu w obozie znajdowało się sporo uczonych, rabinów, prawników… Najprawdopodobniej nie dowiemy się już, czy faktycznie taka rozprawa się odbyła.

Zrealizowany na zlecenie BBC paradokument moim zdaniem miał na celu jedną podstawową rzecz – pokazać, jak taki sąd mógłby wyglądać. Sceny w baraku obozowym przeplatają się z przebitkami ze współczesności, pokazującymi wycieczkę zwiedzającą obóz.

Przede wszystkim – kto, do jasnej Anielki, kręcił sceny współczesne. Film powstał w 2008 roku (tak podaje IMDb), wstawki powojenne wyglądają, jakby miały miejsce w latach dziewięćdziesiątych. W jednej z pierwszych scen pada tekst, że bilet do muzeum kosztuje dziesięć złotych. Słucham? Byłam dokładnie w tym samym roku w Auschwitz i nikt nie chciał ode mnie pieniędzy***. Dobra, mieliśmy opłaconą przewodniczkę, but still….

I w tym miejscu przerwijmy moje marudzenie, bo to mija się z celem.

Tytułowy sąd nad Bogiem zaczyna się w momencie, kiedy jeden z więźniów otwarcie i głośno przyznaje, iż Bóg odwrócił się od narodu żydowskiego, pozostawiając go na pastwę hitlerowców. Powoli do kłótni dwóch Żydów włącza się coraz więcej mężczyzn, powołując się m.in. na Torę i wydarzenia historyczne. Wreszcie formuje się sąd, oskarżający Boga o złamanie przymierza zawartego z Żydami.

W miarę upływu czasu bohaterowie, łysi, wychudzeni, ubrani w brudne pasiaki, wyglądający właściwie tak samo, zaczynają nabierać cech indywidualnych. Oto z tłumu więźniów wyłaniają się prawnicy, rabini, naukowcy, ale także prości ludzie, którzy przez całe życie nie wychylali nosa z własnego sztetla. Każdy z nich ma coś do powiedzenia – czy to argument przemawiający za obroną lub oskarżeniem Boga, czy to własną, dramatyczną historię. Podczas procesu, pomimo tego, iż często mają zupełnie inne poglądy, stanowią jedną całość. Grupę ludzi, którzy w obliczu śmierci zdobywają się na ostatni ludzki gest i rzucają oskarżenie w stronę swojego Boga.

W filmie gra paru znanych, dobrych aktorów. Są to m.in. Stellan Skarsgård (moje największe zaskoczenie), Rupert Graves (znany jako Lestrade z Sherlocka) oraz Jack Shepherd (który grał także w Ucieczce z Sobiboru). Rozumiem, że to produkcja brytyjska, ale miło mnie zaskoczył francuski aktor, mówiący z bardzo silnym akcentem. To moim zdaniem dodało odrobinę autentyczności, w końcu w Auschwitz byli Żydzi z rozmaitych zakamarków Europy…

Do akcentów za chwilę wrócimy, jeszcze tylko słówko podsumowania. Może nie jest to najlepszy film o Auschwitz, ale moim zdaniem został ciekawie rozrysowany. Dobrze, że jest.

A teraz przejdźmy do największej bomby w tym zestawieniu…

  • Syn Szawła, reż. László Nemes (2015)

Cóż Wam mogę powiedzieć – musiało się tutaj pojawić chociaż jedno zdanie na temat tego filmu. Nie dlatego, że jest o Żydach, nie dlatego, że jest o Auschwitz – moim zdaniem najbardziej zaważył tu fakt, iż ten film traktuje o Sonderkommando. O specjalnym oddziale obsługującym komory gazowe i piece krematoryjne. Jest to zagadnienie, o którym niby coś tam wiem, ale gdybym miała się wypowiedzieć, prędzej odesłałabym rozmówcę do literatury przedmiotu.

Tegoroczny zwycięzca oscarowy w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny wbił mnie w fotel. Serio. Nie do końca wiem, dlaczego tak się stało – czy spowodowała to opowiadana historia, czy też nieustanne wrzaski (nie lubię, jak ktoś koło mnie wrzeszczy), czy też może winna temu była próba odwzorowania realiów obozowych, pełna cierpienia i krwi… Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czemu wyszłam z kina Muranów milcząca.

Oj, dużo się mówiło o Sonderkommando w tym roku. Dyskusje wokół filmu jednocześnie często i gęsto poruszały temat tego specjalnego oddziału więźniów, z góry skazanego na szybką zagładę (naziści likwidowali Żydów obsługujących krematoria po kilku miesiącach pracy, ponieważ ci biedacy zwyczajnie wiedzieli za dużo, a co za tym idzie, stawali się niebezpieczni). O tym, jak funkcjonowali ci „powiernicy tajemnic” wiadomo m.in. z relacji samych członków Sonderkommando, którym udało się uciec z obozowego piekła lub którzy pozostawili po sobie świadectwa****.

Tytułowy Szaweł to węgierski Żyd, pracuje w jednym z krematoriów w Auschwitz-Birkenau. Właściwie nic o nim nie wiadomo, poza tym, jak się nazywa i skąd pochodzi. Szaweł zachowuje się jak robot: robi to, co się mu każe, chodzi z opuszczonym wzrokiem, nie rozmawia, nie sprzeciwia się. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy z jednym węgierskim transportem przyjeżdża chłopiec, w którym Szaweł dostrzega swojego nieślubnego syna… Dziecko ginie, a Szaweł postanawia je pochować. Za wszelką cenę. Byleby tylko ciało chłopca nie zostało spopielone.

Film pokazuje nie tyle przemianę, co walkę Szawła – walkę o ciało syna, o możliwość pochówku, o znalezienie rabina, który mógłby odprawić potrzebną ceremonię. Ludzie z otoczenia bohatera walczą o zupełnie inną sprawę, mianowicie o zorganizowanie buntu. Szaweł i jego szaleńcza chęć pogrzebania zwłok syna mogą im tylko zaszkodzić w realizacji planów.

Niezwykłe jest to, co udało się przedstawić twórcom filmu – jak bardzo może komuś zależeć na tym, by potraktować inną osobę jak człowieka. Z początku Szaweł wydawał mi się nijaki, później, w miarę postępu wydarzeń, coraz bardziej go rozumiałam. Dehumanizacja bowiem to nie tylko ograbienie ofiary, obcięcie jej włosów i zamordowanie w komorze gazowej, to także spalenie ciała i rozsypanie prochów na cztery wiatry. Grób jest namacalną formą upamiętnienia, ludzką formą. Pomaga w rozstaniu się z innym człowiekiem, a także w pozostawieniu śladu po jego istnieniu.

Jest to film pełen niedopowiedzeń, migawkowy, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Pragnę tu podkreślić wielojęzyczność bohaterów – więźniowie rozmawiają po węgiersku i w jidysz, często i gęsto słychać niemiecki, polski, czeski (chociaż moja przyjaciółka twierdzi, że to mógł być słowacki, to było tylko kilka słów)… Momentami tworzyło się z tego istne obozowe esperanto, o którym wiele pisano w rozmaitych publikacjach.

W przypadku tego filmu można się sprzeczać o wiele rzeczy. Ja jednak nie mam takiej potrzeby. Moje doświadczenia z kinem węgierskim są bardzo dobre, Syn Szawła tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Węgrzy potrafią zrobić coś ciekawego. Gorąco polecam, produkcja ta otrzymuje Czechożydkowy atest zajebistości. #fanfary

***

Przymierzam się do napisania wpisu o czeskich filmach. Wypadałoby odpocząć chociaż przez chwilę od tematyki wojennej. *powiedziała Dorota, jednocześnie myśląc o tym, że ma rozrysowany tekst o Żydach w łódzkim getcie*

Macie jakieś propozycje, o czym mogłabym napisać?

 

 

*swoją drogą – jeżeli będziecie chcieli, bym kiedyś napisała swoje czechożydkowe dywagacje przemyślenia na temat innych nagrodzonych Oscarem filmów o tematyce okołożydowskiej to dajcie znać, zobaczymy, co da się zrobić.

**moim zdaniem nadal umiemy, ale jakoś o tym zapominamy w trakcie kręcenia.

***zwiedzanie byłych obozów jest bezpłatne. Przynajmniej w tych, gdzie byłam, czyli w Auschwitz, Birkenau i Stutthofie. Oczywiście, datki są mile widziane, bo idą na konserwację budynków.

****w swojej pracy magisterskiej powołałam się na W sercu piekła autorstwa Załmena Gradowskiego, więźnia Sonderkommando, któremu nie udało się przeżyć powstania w krematoriach Auschwitz. Ten człowiek pozostawił po sobie pamiętnik spisany w jidysz, w którym opisywał m.in. Żydów idących na śmierć. Czeska wersja językowa tego pamiętnika jest dostępna w publikacji Terezínské studie a dokumenty (tom z 1998 roku); polskie tłumaczenie podobno istnieje, aczkolwiek w trakcie pisania pracy nie udało mi się do niego dotrzeć. Zawsze można spróbować zapytać w muzeum w Oświęcimiu…

Źródło grafik: Filmweb.pl, Subscene.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ekranizacje, filmy, wątek żydowski, Żydzi w kinematografii światowej i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s