Bialystok Majn Hejm (7-10.04.2016)

O Białymstoku myślałam od dawna. Zaczęło mnie na serio ciągnąć ku temu miastu za sprawą teledysku, który możecie zobaczyć tutaj. Bialystok majn hejm, Białystok mój dom… Tylko osoba szczerze tęskniąca za swoim rodzinnym miastem mogła napisać coś takiego. Zainteresowanych historią piosenki odsyłam do opisu pod klipem na YouTube.

I tak siedziała we mnie ta chęć wyjazdu na kilka dni, wspomagana potrzebą (bo to już potrzeba była) zobaczenia synagogi w Tykocinie, położonym przecież tak blisko Białegostoku. Aż któregoś dnia stwierdziłam, że marnuję życie, więc rzucam wszystko i jadę do Cieszyna czas najwyższy spakować torbę podróżną, zaklepać bilety na Polski Bus i pojechać, a nie czekać w nieskończoność na nie wiadomo co.

To była ciekawa wyprawa – zwłaszcza, że samotna. Przed Wami wpis o mojej pierwszej podróży bez towarzysza 🙂

Wyruszyłam, zostawiając męża na pastwę losu (i przeprowadzki). Jakub wykazał się niezwykłą jak na Niego cierpliwością, pytając także i tym razem, po jaką cholerę po cóż jadę do Białegostoku, gdzie nic nie ma podobno nie ma co zwiedzać. Podobna historia miała miejsce przed moim pierwszym wypadem do Kielc. Niezrażona pożegnałam się z Nim, mówiąc, że będę miała o czym pisać na blogu.

Pojechałam sama. Dorosłam do tej decyzji (co zajęło mi ze dwa lata), by w niektóre miejsca jeździć bez towarzystwa. Przede wszystkim bądźmy szczerzy – ilu ludzi będących przy zdrowych zmysłach zniosłoby #dużeilościŻydównaraz oraz łażenie po cmentarzach, poza tym nie wszyscy mają możliwość wzięcia wolnych dni i przeznaczenia ich na wspomniane Czechożydkowe rozrywki. Tak więc wyjechałam sama, przerażona jak diabli. Dlaczego przerażona? Kilka dni przed wyjazdem przeczytałam prawie w całości książkę Marcina Kąckiego pt. Białystok. Biała siła, czarna pamięć – nie wierzyłam w to, że cokolwiek może mnie zniechęcić lub nastawić negatywnie do jakiegokolwiek miasta. Ta książka uczyniła obydwie rzeczy. Zresztą, o niej w innym wpisie.

Zapytacie się, czego się bałam. Ano tego, że mnie w tym Białymstoku zjedzą/pobiją/okradną/zgwałcą/będą ganiać i wrzeszczeć, że mam wypisaną na czole żydowskość/niepotrzebne skreślić. Możecie się śmiać, ale mi nie było do śmiechu… I po co ja czytałam tego Kąckiego…

Okazało się, że można pojechać do Białegostoku, przeżyć i świetnie się bawić. _^_

Zwiedzanie rozłożyłam sobie na raty. Inaczej się nie dało. Gdybym miała tylko dwa dni na przegalopowanie po Białymstoku, na bank nie zobaczyłabym aż tylu rzeczy, organizacja by mi na to zwyczajnie nie pozwoliła. Początkowo planowałam zrobić tak, że pierwszego dnia pobytu zwiedzę nieżydowskie zabytki, następnego dnia zaś będzie tak żydowsko, że bardziej się nie da. Cóż, nie da się tego tak rozdzielić… ^^’ Bez przerwy wpadałam (zupełnie niechcący) na rozmaite tablice, pomniki, oznaczenia na zabytkach… Szybko więc dałam sobie spokój i tylko dreptałam po mieście w poszukiwaniu kolejnych ciekawych miejsc, żydowskich bądź nie. Dreptałam, robiłam sobie przerwy na jedzenie, po czym ruszałam dalej. Na każdy dzień zaplanowałam po kilka ważnych lokalizacji, dając sobie możliwość skręcania w boczne uliczki.

Moim pierwszym przystankiem (poza hostelem) był punkt informacji turystycznej, znajdujący się w gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej przy ulicy Odeskiej 1. Dotarcie tam jest łatwe, gorzej z odnalezieniem informacji w gmachu opery 😉 Poszłam, dostałam mapy (sztuk pięć – jedna zwykła plus cztery tematyczne spacerowniki). Dość szybko zorientowałam się, że opera położona jest przy Parku Centralnym, czyli dawnym cmentarzu rabinackim. Historia tej nekropolii jest dość znana w Polsce, ponieważ cmentarz rabinacki został przysypany ziemią. Tak, tam dalej znajdują się nagrobki. O dziejach tego miejsca można poczytać chociażby na tablicach umieszczonych przy wejściach do parku. Przespacerowałam się trochę po nim, świadomość tego, gdzie się znajduję, nie dawała mi spokoju.

Wracając do map – gdyby złożyć wszystkie w jedną całość, zwiedzanie byłoby o niebo łatwiejsze. Ileż to razy musiałam wracać się po kilka ulic, ponieważ ominęłam zabytek… Albo dwa… Których nie było na głównej mapie… Nie wszystkie ciekawe miejsca są tam uwzględnione, co utrudnia poznawanie miasta.

Budynek po synagodze Cytronów. #bialystok #białystok #czechożydekpodróżuje #jewsinpoland #synagogue #synagoga

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Żeby nie było, że tylko marudzę – Białystok ma bardzo intuicyjny układ ulic. Masz w ręku mapę, przejdziesz się po kilku ulicach, jesteś Bogiem. Wszędzie sobie poradzisz. Zdarzyło mi się kilka razy pójść w nieznaną uliczkę, by potem skręcić ze dwa razy i wylądować niedaleko miejsca, skąd ruszyłam. W centrum nie sposób się zgubić, jak masz mapę. Byłam całkowicie samodzielna do momentu, kiedy wyruszyłam na cmentarz żydowski przy ulicy Wschodniej, który znajduje się spory kawałek od centrum. W tamtych okolicach już musiałam pytać o drogę, bo mapa, którą posiadałam, nie była zbyt dokładna.

Osoba chcąca znaleźć elementy wielokulturowości Białegostoku znajdzie je bez problemu. Ba, czasem nawet na nie wpadnie. Działa to na podobnej zasadzie, co posiadanie mapy – trafisz do informacji turystycznej i wypytasz o wszystko, co Cię interesuje, jesteś Bogiem. Można się sprzeczać, czy tablice informacyjne i pomniki to ślady wielokulturowości (dla mnie są), ale na obronę miasta powiem, że znajduje się w nim m.in. kilka instytucji związanych z Białorusią (w końcu byłam niedaleko granicy, wcale się nie dziwiłam). Trafiłam na nie przypadkiem.

Oczywiście, wszystko zależy od osoby i tego, co chce zwiedzić. Moim zamiarem było zobaczyć jak najwięcej miejsc związanych z Żydami. Cóż, było co oglądać. 😉

W Białymstoku nie ma już Żydów. Zostało kilkanaście osób żydowskiego pochodzenia*, natomiast gmina jako taka nie istnieje. Do czasów dzisiejszych zachowały się trzy budynki po synagogach, każdy z nich pełni dzisiaj zupełnie inną funkcję; synagoga Cytronów to galeria, synagoga Szmuela mieści w sobie mieszkania, zaś w synagodze Piaskower znajdują się biura. Dodatkowo istnieje pomnik upamiętniający Wielką Synagogę, czyli prezentowana prawie na początku wpisu Spalona Kopuła. Wszystkie świątynie są upamiętnione stosownymi tablicami, natomiast na głównej mapie nie ma informacji o żadnej z nich. Z pomocą przyszedł mi Internet oraz mapka o szlaku białostockich świątyń (tam z kolei uwzględniono jedynie synagogę Cytronów). Można się zastanawiać, czy to było celowe działanie twórcy mapy, czy też nie…

Do wyżej wymienionych dawnych bóżnic dochodzą miejsca związane z Ludwikiem Zamenhofem, twórcą języka esperanto. W Białymstoku można pójść np. na plac, gdzie stał dom, w którym Zamenhof się urodził (kawałek dalej można podziwiać mural dotyczący tego domu), później przespacerować się do Centrum Zamenhofa, mieszczącego się przy ulicy Warszawskiej 19. Na skwerku przy ulicy Malmeda (Icchok Malmed to postać związana z powstaniem w getcie białostockim) znajduje się pomnik Zamenhofa, zaś przy ulicy Lipowej stoi kamienica, w której mieszkał Jakub Szapiro, wybitny białostocki esperantysta.

Przyznam się, byłam głupia – nie sprawdziłam trasy Szlaku Dziedzictwa Żydowskiego, w związku z czym ominęłam kilka punktów. Mam co nadrabiać przy następnej wizycie. Niemniej jednak nie popełniajcie mojego błędu, sprawdźcie tutaj, co można zobaczyć w ramach tego szlaku!

Mogłabym długo, długo wymieniać pozostałe miejsca. Kamienice, pałacyki… O cmentarzu żydowskim przy ulicy Wschodniej powstanie oddzielny wpis, resztę zaś zostawię na następny raz 😉

Centrum im. Ludwika Zamenhofa. #bialystok #białystok #czechożydekpodróżuje #jewsinpoland #ludwikzamenhof

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Z nieżydowskich zabytków najbardziej podobała mi się ulica Lipowa, główny deptak turystycznej części Białegostoku. Do tego dochodzi Pałac Branickich, zwany Wersalem Wschodu (zasłużenie!) plus ogrody przy pałacu, które podbiły moje serce. Dodatkowo gorąco polecam zajrzeć do Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego, gdzie można zobaczyć rzeźby wielu znanych Polaków. Zwiedzanie w niedzielę jest bezpłatne, sprawdziłam, ale ceny za bilety nie są powalające, także możecie się spokojnie wybrać w tygodniu.

Fajne pomniki tu mają 🙂 #bialystok #białystok #czechożydekpodróżuje #pomnik #ulicalipowa #lipowastreet

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Lokalna ludność jest w porządku, tylko mężczyźni wydawali mi się jacyś tacy skwaszeni. Brak uśmiechu na twarzach mieszkańców Białegostoku rzucał się w oczy; nie wiem, z czego to wynika. Nie spotkałam się z wrogością, dostawałam pomoc wszędzie tam, gdzie o nią pytałam, natomiast z uśmiechem było już gorzej.

Rozmawiałam z rozmaitymi osobami. Pytałam o drogę do zabytków (o dziwo wszyscy wiedzieli, gdzie co jest; w tym miejscu pozdrawiam panów z zakładu pogrzebowego obok cmentarza farnego, którzy mnie pokierowali do znajdującej się nieopodal cerkwi), o odczucia związane z książką Kąckiego, o lokalne historie. Nie kryłam się z tym, po co przyjechałam i co oglądam. Nie dość, że przeżyłam, to jeszcze wróciłam pełna pozytywnej energii i chęci do pisania. Dlatego powiadam Wam, Białystok nie gryzie! To tak samo, jak powiedzieć, że tuż po wjeździe na warszawską Pragę straci się portfel i kilka zębów. Bez przesady.

Lokalne jedzenie nie jest wybitnie drogie, miejscami ceny potrafią zaskoczyć. Ze swojej strony mogę polecić restaurację Babka, gdzie serwują bardzo smaczną sałatkę z serem korycińskim oraz coś, czego w Warszawie jeszcze nie widziałam, czyli sieć lokali Hokus Pokus. Mają tam… jedzenie na wagę. Wygląda to tak: bierzecie sobie talerz, nakładacie wybrane potrawy, idziecie do kasy, tam kasjer waży Wasze zamówienie (i odejmuje ciężar talerza), a potem pobiera trzy złote z groszami za sto gramów. Jedzenie mają tam naprawdę dobre! Za konkretny, duży obiad plus kawę zapłaciłam około dwudziestu złotych, co nie jest wielką sumą.

Moja wizyta w Białymstoku nie byłaby tak fajna, gdyby nie spotkanie z działającymi tam blogerami. Agata i Wojtek, czyli Qrkoko i Przedmąż, znaleźli trochę czasu i poszli ze mną na kawę, po czym odstawili moją skromną osobę na autobus do Warszawy. Kochani, uwielbiam Was i rozmowy z Wami, nie tylko na temat rękodzieła 🙂

@czechozydek przyjechała zwiedzać Białystok. Wiedziała o nim więcej niż ja 😀

A post shared by Agata Garbowska (@qrkoko) on

Białystok wart jest wizyty. Zdecydowanie. Jest świetny sam w sobie, ale także stanowi doskonałą bazę wypadową – bliskość granicy, rozmaite małe miasteczka wokół… Spędziłam tam cztery dni, bawiłam się świetnie i na bank kiedyś tam wrócę.

Chociaż, tak prawdę mówiąc, zwiedzanie samemu miejscami jest trochę smutne. Cóż, przyzwyczaję się. Nie mam wyjścia.

*O tych kilkunastu osobach można przeczytać tutaj: Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże małe i duże, wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s