Tam dom Twój, gdzie serce Twoje.

DeathtoStock_SlowDown10

Czym jest dom?

Dom jako budynek to nic innego jak podłoga, cztery ściany i sufit. Owszem, może być tych ścian więcej. Dom może się także składać z pięter, okien, balkonów, tarasu, wszystkiego, co Wam przyjdzie do głowy.

Słowo dom to także dla nas, Polaków, pojęcie o wiele bardziej szerokie – to miejsce, gdzie mieszka się z rodziną. Przestrzeń z duszą, klimatem, coś wyjątkowego. To zbieranina ludzi, przedmiotów, ale także emocji, historii, zapachów. Dom w znaczeniu emocjonalnym jest czymś, czego nie da się powielić, ale co można zrobić samemu od podstaw według własnego pomysłu, po swojemu. I nie mówię tutaj o stawianiu budynków. 

W ciągu swojego dwudziestopięcioletniego życia przeprowadzałam się trzy razy. Obecnie mieszkam w czwartym miejscu, które mogę nazwać domem.

Mój pierwszy dom już nie istnieje. Znajdował się w Wołominie przy ulicy Broniewskiego.

Był to stary, jeszcze przedwojenny budyneczek. Bez bieżącej wody, gazu. Zelektryfikowany – dobre chociaż to. I miał duże, w moich dziecięcych oczach olbrzymie podwórko. Po tymże podwórku biegałam wraz z psami, których od zawsze było w mojej rodzinie dużo. Z perspektywy czasu widzę, że właśnie w tym domu – miejscami zagrzybionym, wymagającym remontu, przyciasnym, tak naprawdę cudzym – minęły najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa. Pełne bólu, łez, ale mimo wszystko najpiękniejsze.

Drugi dom to miejsce, które przez pierwsze jedenaście lat swojego życia nazywałam „działką”. Bo de facto jeździłam z rodzicami i siostrą na działkę, gdzie był stawiany dom. Duży, piętrowy. Nasz. Okupiony wszystkim, co się dało tak naprawdę. Mieszkałam tam do 2013 roku, kiedy to podjęliśmy z Kubą decyzję o przeprowadzce do Warszawy.

W tym domu – znanym jako dom przy ulicy generała A. – przyszło mi dorastać. Nie dorosnąć, bo ten moment mojego życia przypadł na 2013 rok, ale dorastać właśnie. To tam rozstawiałam książki na regałach, pomagałam wykańczać swój pierwszy w życiu pokój, w którym do dzisiaj zresztą każdy mebel i przedmiot ma swoje miejsce i historię. To tam wyłam z rozpaczy po ujrzeniu wyników rekrutacji na studia. To tam biłam się z myślami, czy iść na inny kierunek, do tego płatny. Kiedyś – dużo, dużo wcześniej – nosiłam cegły na budowę, później układałam drewno w komórce, przerzucałam węgiel, karmiłam psy, krzątałam się, układałam w myślach przyszłość i to, jak zajmę się tym domem.

Kiedy przyszłość nadeszła, zweryfikowała nagle zarówno moje, jak i wszystkich oczekiwania.

Nasz – mój i Jego – pierwszy wspólny dom to słynne mieszkanie przy Grzybowskiej w Warszawie. Niewiele ponad trzydzieści metrów, tylko dla naszej dwójki. To tam wracałam zmęczona po całym dniu na uczelni i w pracy, tam wypłakiwałam trudy dnia codziennego, tam tak naprawdę dorosłam. Tam zmieniałam się, wcielałam w życie usłyszane na terapii wskazówki, spostrzeżenia, myśli innych osób. Tam uprawiałam radosną twórczość, pisałam pracę magisterską, opatrywałam tatuaże, robiłam posiadówki, wracałam do picia alkoholu i żegnałam się z nim na nowo, na nie wiadomo ile. To tam właśnie zaszły nieodwracalne zmiany w mojej osobie, z których jestem bardzo dumna.

No i wreszcie mieszkanie przy Rzymowskiego. Drugi dom warszawski. Wiadomo, że nie ostatni. Mieszkamy tam właściwie od kilku chwil, a już zdążyłam narobić sobie wspomnień. Nie tylko z samym mieszkaniem, ale także z okolicą.

Co łączy te wszystkie punkty na mapie? Atmosfera. Związana ze mną, ludźmi, którzy mnie otaczają, tym, co się dzieje w mojej głowie. Nie zawsze miałam własny pokój (teraz dorobiłam się gabinetu, który mi ten pokój zastępuje), nie zawsze było mi w tym wszystkim dobrze, czasem wręcz nie miałam ochoty do tego domu wracać. Nigdy jednak nie była to zwykła noclegownia. Jestem typem bałaganiary, lubię otaczać się przedmiotami, chociaż staram się ograniczać ich liczbę. Na moją atmosferę składają się książki, pamiątki, meble, komputer, różne drobiazgi, których historię mogę opowiedzieć obudzona w nocy o północy. Dla niektórych może to być zwyczajna zbieranina, parę osób na pewno zaczęłoby się pukać w czoło, że na cholerę mi ten bajzel – dla mnie wszystko ma swój sens i logikę, a co za tym idzie, wszystko jest potrzebne. Ten bałagan definiuje zarówno mnie, jak i to, co nazywam domem.

Mówi się Idę do domu, ale czy myśli się tak? Czy przeciętny człowiek myśli o tym, że wraca do domu? Do miejsca, które jest jego i w którym może czuć się jak u siebie? Współczuję tym, którzy nie mogą tak pomyśleć.

Jakiś czas temu wróciłam na parę godzin do Centrum. Spacerowałam, oglądałam stare kąty, sprawdzałam, co się zmieniło od momentu, kiedy ostatnio tam byłam. Konfrontowałam zastaną rzeczywistość ze wspomnieniami, nie zawsze dobrymi. Mimo mojego przywiązania do Grzybowskiej i okolic twierdzę, że wyprowadzka była mi potrzebna. By złapać oddech. Odciąć się od wielu spraw. I chociaż brakuje mi widoku synagogi Nożyków z okna, nie żałuję. Bo mam już nowy dom, który kształtuję według tego, co czuję. Tęsknię, ale co z tego?

***

Mówi się, że tam dom Twój, gdzie Twój telefon od razu łączy się z lokalnym WiFi. Albo tam, gdzie Ci dają hasło do WiFi. 😉 Coś w tym jest. Ale tak zupełnie poważnie mówiąc – dla mnie tam dom Twój, gdzie serce Twoje. A serce można ulokować wszędzie, nie tylko w murach.

Moim domem tak naprawdę mógłby zostać cały świat, gdybym tylko chciała. Na razie ograniczam się do Warszawy. Nie potrzebuję wiele – kilka metrów kwadratowych, kąt do spania, miejsce na rzeczy. I będę tak samo szczęśliwa, jak w pałacu.

Wpis ten powstawał po części na Służewcu, po części w Pradze na Nowym Mieście. Obydwie te przestrzenie mogłabym traktować tak samo, z tą różnicą, że szyldy nad sklepami byłyby w różnych językach. Gdybym tylko zechciała, Praga stałaby się kolejnym, równoważnym punktem na mojej prywatnej mapie miejsc zamieszkania.

A Ty? Co tak naprawdę znaczy dla Ciebie słowo „dom”?

 

Źródło zdjęcia: Death to Stock

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii blog, czechożydek i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Tam dom Twój, gdzie serce Twoje.

  1. Marta a.k.a May pisze:

    Poruszyłaś ważny temat, sama ostatnio coraz częściej się zastanawiam, czy jest na tym świecie miejsce, które mogę nazwać domem… I dochodzę do wniosku, że tylko dom rodzinny jest dla mnie „prawdziwym” domem, mimo że mieszkam w Poznaniu od ładnych paru lat (z roczną przerwą) to do tej pory nie udało mi się zapuścić tu korzeni – i pewnie już się nie uda, bo nie zamierzam tu zostać po studiach (które wreszcie uda mi się skończyć, alleluja). I tu pojawia się kolejny problem: czy istnieje w ogóle miejsce, w którym uda mi się jeszcze zadomowić na tyle, żebym mogła nazwać je „domem”? Nie wiem. Oby. Cieszę się, że przynajmniej tobie się to udało :))

  2. Darek pisze:

    Fizycznie mam swój malutki dom w Radomiu, mieście w którym wg ostatnich wiadomości „wszystko się zaczęło”, a ja mogę używać przydomka „dumny Warchoł”. Jestem Radomianinem z urodzenia i Londyńczykiem – chciałbym rzec – z wyboru, ale nie mogę, bo moje ukochane miasto mnie lubi, ale zarządzający nim już mniej chyba. I tu dylemat, bo po 10 latach w Londynie wiem, że nie chcę tu zostać na zawsze, ale nie przez ludzi. Lubię Londyn, ale nigdy nie pokocham, Radom kocham, ale nigdy nie polubię. Dom to miejsce, do którego chce się wracać, ja mam z tym ogromny dylemat, dzięki temu odczuwam empatię w stosunku do ludzi uciekających obecnie ze swoich krajów. Marta trzymam kciuki za Twoje poszukiwania

  3. Darek pisze:

    Istotne uzupełnienie mojej wypowiedzi – ostatnio bardzo chętnie wracam do Warszawy – mam tu kogoś, kto sprawia, że mi się chce tu wracać, może więc Warszawa będzie moim domem?

    • czechozydek pisze:

      Może się tak stać, że Warszawa okaże się być tym miejscem, które będziesz chciał nazwać domem. 🙂 Wiesz, mam znajomą, która jest warszawianką z urodzenia, ale jak mówi, że jedzie do domu, to ma na myśli czeską Pragę. Bo to miasto od kilku lat jest jej domem.

      • Darek pisze:

        Sam jestem związany z czeską Pragą poprzez dobrych znajomych z Żiżkova, Warszawę lubię, zawsze ją lubiłem, tym chętniej do niej wracam, a jako ciekawostkę napiszę Ci, że wkrótce po 10 latach wraca do Czech spróbować innej rzeczywistości mój dobry kumpel – Ondra. Udzielałem mu gościny przez ostatnie dwa miesiące i chyba polubił twoją stronę. Pozdrawiam

      • czechozydek pisze:

        Pozdrów Ondrę w takim razie 🙂 I życz mu powodzenia ode mnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s