Maria Paszyńska, „Gonitwa chmur”

gonitwa Wydawnictwo Poznańskie (Grupa Czwarta Strona), Poznań 2016
Liczba stron: 335

Warszawskich snów o potędze ciąg dalszy. Snów może już nie młodzieńczych, ale śmiałych, momentami szalonych. Jaka jest kontynuacja Warszawskiego niebotyku?

Rzecz się dzieje w 1935 roku. Wszyscy ci, co uważali na lekcjach historii mniej więcej kojarzą, jak wyglądała wtedy Europa i jakie nastroje zaczynały w niej panować. Nas jednak nie powinien teraz obchodzić cały kontynent – historia bohaterów Warszawskiego niebotyku jak toczyła się w Warszawie, tak toczy się dalej. Ci, co w pierwszym tomie byli w rozjazdach, wracają lub zdążyli wrócić do stolicy Polski, by nie tyle rozpocząć nowe życie, co kontynuować poprzednie. Wiecie, można wyjąć człowieka z Warszawy, ale Warszawy z człowieka się nie wyciągnie.

Tak więc mamy drugie dzieło Marii Paszyńskiej, którego akcja rozgrywa się właśnie w Warszawie. Byłam zachwycona Warszawskim niebotykiem, o czym opowiadałam wszędzie, gdzie się dało*. Kto nie wie, dlaczego, niech szybko klika w powyższe hiperłącze i niech nadrabia, bo inaczej czytanie dalszego ciągu tego wpisu nie ma sensu.

O czym to ja… A, o drugim tomie. Zapewne zaprzątają Wam głowy dwie kwestie. Pierwsza, finansowa, czy opłaca się zainwestować w tę książkę swoje/cudze ciężko zarobione pieniądze. Druga, bardziej filozoficzno-praktyczna, czy warto zainwestować swój czas w przeczytanie Gonitwy chmur. Moja odpowiedź brzmi… Tak, jak najbardziej, warto.

Nie dostaniecie bowiem nic, co mogłoby Wam popsuć humor i nastawić Was źle do innych tekstów autorki.

Bohaterów znanych z pierwszej części spotyka coraz więcej rzeczy – w rodzinie jednego z nich pojawiają się dzieci, drugi dopiero odnajduje swoją drugą połówkę (albo i nie… Kto wie, jak ich losy potoczą się w następnym tomie? Czy ta „połówką” dalej nią będzie?),  trzeciego spotykają rozczarowania, kolejnego – wielkie szczęście… Innymi słowy, sporo się dzieje.

Gonitwa chmur to moim zdaniem powieść bardziej skupiająca się na wątkach czysto obyczajowych. Co, oczywiście, nie oznacza nic złego; bardzo dobrze się bawiłam podczas czytania (zdarzyło mi się nawet wzruszyć czy przejąć). Z drugiej strony jednak poczułam się dziwnie w momencie, kiedy to wreszcie skończyłam czytać o tym, co się wydarzyło u wszystkich bohaterów i kiedy to nagle okazało się, że mam za sobą ponad połowę powieści. o.O

Być może już się zdążyłam przyzwyczaić do stylu autorki, dlatego też nie odczułam tej niezwykłej melodyjności tekstu, o czym pisałam przy omawianiu Warszawskiego niebotyku. Przeszłam przez Gonitwę chmur jak burza, pod koniec stopniowo dawkując sobie ostatnie strony, by móc pobyć z książką jak najdłużej nie dla samej melodyjności, co po prostu dla klimatu.

Wspomniałam powyżej, że Warszawa jest tłem dla większości rozgrywanych wydarzeń. Dalej twierdzę, że gdyby nie ona, to powieść wyglądałaby zupełnie inaczej. W Gonitwie Chmur, szczerze powiedziawszy, zabrakło mi obrazków z Warszawy. Nie, żeby ich nie było, ale moim zdaniem mogłoby ich być troszkę więcej. Kwestia gustu widocznie.

Oj, trudno mi jest pisać o wątkach żydowskich bez nieumyślnego spoilerowania… Powiem więc Wam tyle, że takowe wątki są, są dobrze rozpisane i świetnie mi się je czytało. Czekam tylko na moment, kiedy będę mogła się do czegoś przyczepić… Obym się nie doczekała 😉

Niestety, mankament z pierwszego tomu (czyli ta nieszczęsna pisownia słowa Żyd) pojawił się także w Gonitwie chmur, przyprawiając mnie miejscami o palpitacje serca. Niby drobnostka, rzecz, na którą normalny człowiek zwykły czytelnik nie zwróciłby najmniejszej uwagi, niemniej jednak źle mi się czytało fragmenty dotyczące żydowskiej społeczności Monachium czy Warszawy. Tu nie chodzi o moje widzimisię czy brak poszanowania – pisownia zmienia znaczenie! Autorka zbliża się fabularnie do wybuchu drugiej wojny światowej, strach pomyśleć, jakimi paniami lekkich obyczajów słowami będę rzucała w trakcie czytania. Droga redakcjo, błagam, proszę coś z tym zrobić. 🙂

Gonitwa chmur urzekła mnie. Może nie aż tak, jak jej poprzednik, ale wystarczająco, bym polecała cały cykl każdemu, kto się nawinie. Jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa, co będzie w trzecim tomie. A, niech tylko usłyszę, że trzeciego tomu nie będzie… Znajdę autorkę i sobie z nią porozmawiam w imieniu rzesz zadowolonych czytelników 😉

W tym miejscu pragnę gorąco podziękować Danielowi Gratkowskiemu, który nie dość, że pożyczył mi Warszawski niebotyk i Gonitwę chmur, to jeszcze słuchał mojego marudzenia i zachwytów. To święty człowiek, mówię Wam. Bijcie mu brawo 🙂

***

Przed paroma tygodniami zdarzyło mi się być nad Wisłą ze znajomymi. Nie było to jednak tak, gdzie zwykle zmierzają tłumy warszawiaków (okolice mostu Poniatowskiego), wybraliśmy się o wiele, wiele dalej, nasze miejsce było przy Wale Miedzeszyńskim (jakiś kawałek od Falenicy). Po zejściu nad rzekę można było podziwiać widok na oddalone Centrum, Pałac Kultury, okoliczne wieżowce.

I ja zeszłam na brzeg. I ja obserwowałam zachód słońca, świecące się w oddali budynki oraz Pałac.

Owszem, raz na jakiś czas ogarnia mnie tęsknota za tą minioną stolicą, ale swojej Warszawy nie zamieniłabym na nic innego.

*tylko nie w Pradze, bo tam ciężko było znaleźć słuchaczy.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii literatura polska o Żydach, wątek żydowski i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s